„Młode lwy” stają przed wyzwaniem poznawania samych siebie – Chiba Sensei

„Młode lwy” stają przed wyzwaniem poznawania samych siebie – Chiba Sensei analizuje mentalność nauczycieli. Artykuł oryginalnie opublikowany w magazynie „Sansho” w kwietniu 1987 roku.

Niezwykle trudnym jest utrzymanie właściwego nastawienia umysłu podczas procesu treningu. To właśnie nastawienie umysłu powinno zawierać shoshin – umysł początkującego, wraz z jego pełną dyscypliną i podejściem samo motywującym, nieustannie wzmacnianym i odświeżanym podczas penetracji każdej warstwy świadomości. Nie ma w tym wszystkim miejsca na jakąkolwiek stagnację.

Mówiąc ogólnie, osiągnięcie pełni fizycznego ucieleśnienia danej sztuki walki następuje w okolicy stopnia trzeci dan. Oczywiście przy założeniu odpowiedniego nagromadzenia włożonego wysiłku wraz z niezbędnym, właściwym poziomem treningu. Jak na ironię, jest to właśnie moment w którym rozwój wielu trenujących zostaje „zahamowany” i wpadają oni w stworzony przez samych siebie „kryzys”.

W tym okresie ich trening pozostaje w stanie bezwładności, bez świeżej motywacji, „osiadły” spokojnie po osiągnięciu mistrzowskiego poziomu obranego w „muskuły” techniki. Według mnie idealnym przykładem tej „powierzchownej” fazy jest to, kiedy widzę ciało  bez głębi wartości „wnętrza”.

Problemy związane z tym konkretnym etapem rozwoju są powszechnie widocznie wśród młodych instruktorów posiadających stopnie około trzeciego dana – ci, którzy zostali kiedyś nazwani „młodymi lwami”, „solą” młodego pokolenia Aikidoków, reprezentującą pełną prosperity przyszłość środowiska tej sztuki walki.

Niezwykle łatwym do zaprzepaszczenia jest to co miało się na początku bez konieczności ciągłego poddawania się samoocenie i nieustannego poszukiwania nowych inspiracji celem „odświeżenia” własnych przekonań. Jednym z powodów, przyczyniającym się do tego konkretnego problemu, jest rozpoczęcie procesu nauczania innych zbyt szybko bez świadomości tego,  w jakim dokładnie miejscu własnego rozwoju się znajduje.

O’Sensei powtarzał – „Jeśli ktoś rozpoczyna trening Aikido dzień wcześniej niż inni, może on lub ona, być nauczycielem dzień wcześniej od pozostałych”. Cóż za „waga” spoczywa w tych słowach, wyrażających prawdziwą szlachetność czym w swym założeniu ma być Aikido. Jednakże, równie ważne jest odwołanie się do innego aspektu słów O’Senseia. Mówił on bowiem: „Jeśli mój uczeń wykonał pięćdziesiąt kroków w przód, to ja muszę tych kroków wykonać sto”. Te słowa trzymają Aikido przy życiu i jego szlachetnej naturze.

Wielu młodych nauczycieli, tych którzy otwierają własne dojo i zaczynają uczyć bez zdolności do przeniesienia swej pełnej świadomości tego czym byli jako osoba nauczana, na bycie nauczycielem będzie się cofać, najczęściej bez wiedzy o tym że tak właśnie się dzieje.

Przerażającym jest fakt, iż taką tendencję da się zauważyć u osób trenujących ledwo kilka miesięcy. Dokonawszy analizy tego zjawiska stwierdzam, iż przyczynami są:

  1. Niedojrzałość głębi ich Aikido;
  2. Cofanie się w rozwoju lub utrata środowiska treningowego, w którym znajduje się dana osoba;
  3. Pozwalanie swemu „małemu” ego na odgrywanie roli nauczyciela bez zdawania sobie sprawy z ilości poświęceń, które trzeba ponieść, aby stać się nauczycielem i tego co wiąże się z takim przedsięwzięciem;
  4. Wiele innych procesów, takich jak proces starzenia się, przebyte kontuzje, sprawy rodzinne, problemy ze zdrowiem, niewłaściwa dieta itd.

Jakiekolwiek przyczyny czy też powody leżą u podstaw braku rozwoju i stagnacji w którą popadają młodzi nauczyciele, trzeba się z nimi obchodzić bardziej świadomie. Muszą być rozwiązywane na poziomie indywidualnym oraz zbiorowym poprzez dzielenie doświadczeń i wyzwań, które napotyka się jako nauczyciel.

Kiedy brytyjskie Aikikai napotkało ten problem, wraz z nauczycielami zaproponowaliśmy pomysł organizacji sesshin (okres intensywnej medytacji– przyp. Tłumacza), w celu stworzenia wspólnego gruntu, na którym mogłaby powstać zbiorcza baza pozwalająca na wymianę, mniej lub bardziej, zbiorczych doświadczeń. Podczas gdy wszystko musi zostać doświadczone na poziomie indywidualnym, to tylko poprzez wspólne starania da się stworzyć takie środowisko jak sesshin.

Nie powinniśmy zakładać z góry, że sesshin czy zazen, to sposób na rozwiązanie wyżej opisanego problemu. Mam jednak nadzieję iż mogą one doprowadzić do przeniesienia świadomości poza czysto fizyczne aspekty mistrzowskiego opanowania rzemiosła,  gdzieś gdzie można odnaleźć niewyczerpalne źródło inspiracji.

Tłumaczenie: Bartosz Domke

Chiba Sensei pokazuje jak wyłania się świadomość przy dokładnym poznawaniu samego siebie

Artykuł opublikowany w magazynie „Sansho” w kwietniu 1987 roku.

Każdy komu się wydaje, że dokładanie kolejnych godzin treningów Aikido zaowocuje większymi osiągnięciami myśli jak dziecko.

Zasadniczo, jest to bardzo materialistyczne podejście, które nie prowadzi do niczego poza problemem, którego nie da się rozwiązać.

Nie możemy bowiem uniknąć codziennego zbliżania się do kresu swoich dni.

Wielu ludziom wydaje się, że poprzez trening mogą uczynić swoje ciała chłonnymi, żywo reagującymi i dającymi łatwo się opanować. Myślą, że będą w stanie poruszać nimi tak jak tylko im się podoba.

Nie mogę zaprzeczyć, iż jest to istotna część treningu. Jednakże, jest to tylko jego część. Część, która jest względna wobec większego składnika całości, którego należy być świadomym. Składnika, który moim zdaniem, jest dużo ważniejszy, a mianowicie wykształcenie introspektywnego podejścia do własnego treningu, w którym z pełną powagą potraktowany będzie aspekt analizy samego siebie i swoich dokonań. Jest to sprawa jakości treningu każdej osoby.

Rozpoznanie braku równowagi, harmonii czy nieporządku wyczuwalnego w ciele bądź pomiędzy ciałem a świadomością u samego siebie, to początek drogi rozwoju. W miarę rozwoju tego swoistego „dialogu”, wyostrza się zdolność postrzegania i zaczynamy zdawać sobie sprawę z naturalnej mocy i potencjalnych zdolności, która dotychczas pozostawały w „ukryciu”.

Zamiast dodawać jakichś „zewnętrzny” element do ciała, warto skupić się nad tym co już mamy w sobie. Co istotniejsze, świadomość sama w sobie (sposób w jaki postrzegamy wszystko dookoła) zaczyna się zmieniać wraz z odkryciem prawdziwego ciała (w przeciwieństwie do ciała, które zmieniamy wedle naszej woli).

Ważną i unikalną cechą powodującą że Aikido jest tym czym jest, pozostaje rozwój, który jest wprost proporcjonalny do naszego odkrywania naturalnej mocy, która znajduje się w każdym z nas, wraz z organicznym, dynamicznym „rdzeniem”, który pomaga funkcjonować ciału w harmonii i jako całość.

Jest to rodzaj ścieżki, gdzie każdy napotyka prawdziwego siebie ze zdziwieniem i radością. „Odseparowane ja”, ukryte wraz ze swoim niewyczerpanym potencjałem, leży nieodkryte przez wielu ludzi, którzy umierają nie wiedząc nawet o jego istnieniu.

Na wiele różnych sposobów, słusznie lub nie, nasze ciała są produktem naszej własnej świadomości. Odkrycie na czym to polega wymaga dokładnego studiowania samego siebie podczas procesu treningu. To nie jest ścieżka, podczas której dodaje się „zewnętrznie” i bez końca coraz więcej informacji, detali, mocy itd., do tego czego już jest „zbyt wiele” i które już jest w nas.

W bardziej dogłębny sposób można dotknąć tego tematu za pomocą Dogen Zenji, twórcy Soto Zen, który mówił :

„Praktyka buddyzmu poprzez ciało jest dużo trudniejsza niż praktyka poprzez umysł. Intelektualne zrozumienie w nauce poprzez umysł musi być zjednoczone z praktykowaniem poprzez ciało. Ten rodzaj zjednoczenia nazywa się SHINJITSUNINTAI – prawdziwe ludzkie ciało.  To rodzaj postrzegania codziennego stanu umysłu poprzez świat pełny różnego rodzaju zjawisk. Jeśli uda nam się połączyć w harmonii praktykę oświecającą wraz z naszym ciałem, cały świat będzie widoczny w swojej prawdziwej formie.”

W końcu, odkrycie prawdziwego ludzkiego ciała, ze swoimi walorami i pięknem, znajduje się poza wszelkimi konkurencyjnymi i porównującymi wartościami. Stanowi ono raczej samo o sobie, w swej indywidualnej formie.

Zatem,  jedyny wniosek z tego płynący dla Aikido jest taki, iż nie może ono zmuszać do rywalizacji i prowadzić do jakiejkolwiek konkurencji. Chciałbym dodać tutaj słowa innego mistrza ZEN w tej kwestii. Mistrza z Wietnamu, na którego wykładzie (mającego miejsce w Smith College w New Hampshire, Massachusetts) miałem szczęście się pojawić.

Podczas części spotkania zezwalającej na pytania z widowni jedna z kobiet znajdujących się na sali spytała go co myśli o sposobach medytacji praktykowanych przez grupę Quakers (Religijne Towarzystwo Przyjaciół – protestancki kierunek wyznaniowy w chrześcijaństwie silnie akcentujący rolę osobistego wewnętrznego objawienia. Charakteryzuje się m.in. przestrzeganiem światopoglądu pacyfistycznego – przyp. Tłumacza). Odpowiedział on: „Jak można porównywać piękno kwiatu wiśni z pięknem kwiatu róży?”

Tłumaczenie: Bartosz Domke

Sokaku Takeda & Daito Ryu Aikijujutsu – Stanley Pranin

Minęło już prawie 80 lat odkąd Morihei Ueshiba rozpoczął swoją naukę Daito Ryu Aikijujutsu pod okiem Senseia Sokaku Takedy. Ten pamiętny moment rozpoczął cały ciąg zdarzeń, które później miały wpływ na setki tysięcy osób praktykujących te dwie sztuki walki na całym świecie.

Pomimo oczywistych różnic w kwestii wykonywania technik i filozoficznego podejścia Daito Ryu Aikijujutsu oraz Aikido są ze sobą nierozłącznie powiązane poprzez wydarzenia historyczne i obydwie mają wobec siebie ogromny dług.

Daito Ryu Aikijujutsu i Aikido: kiedyś i dziś

Ilu z was trenujących Aikido jest świadomych tego, że praktycznie każda technika, którą wykonujecie ma swoje korzenie w Daito Ryu Aikijujutsu? A ilu z tych którzy trenują Daito Ryu ma pojęcie, że obecna popularność ich sztuki walki, w czasie gdy praktycznie wszystkie inne formy jujutsu „wyginęły”, wzięła się od z ogromnego sukcesu Aikido? Co do obydwu nie ma żadnych wątpliwości. Mimo głębokich technicznych i filozoficznych różnic, Daito Ryu i Aikido łączą się ze sobą silnymi historycznymi więzami poprzez osoby Sokaku Takedy i Morihei’a Ueshiby. Takeda i Ueshiba byli swoistymi „gigantami”, którzy pozostawili niezatarty ślad na całej historii ewolucji japońskiego jujutsu.

W tym pierwszym z serii artykułów o Daito Ryu Aikijujutsu, chciałbym naświetlić niektóre bardzo słabo znane fakty o tej fascynującej znajomości tych dwóch mistrzów swoich rzemiosł.

Morihei Ueshiba jest szeroko rozpoznawalnym geniuszem sztuk walki, który przekazał swoim następcom ogrom technik jujutsu wypełnionych duchową zawartością. Mniej znanym pozostaje fakt, że Morihei Ueshiba jako młodzieniec był uznawany za jednego z najzdolniejszych uczniów Daito Ryu nauczanego przez Sokaku Takedę. Ueshiba był nawet kyoju dairi (pomocnik głównego nauczyciela) w szkole Daito ryu przez ponad dziesięć lat, i co więcej, został nagrodzony wieloma zwojami z przekazami Daito Ryu. Mamy także dowody (w formie nigdy nie publikowanych wywiadów) z twórcą Aikido, mówiących iż Takeda szykował Ueshibę na swojego następcę. Fakty te nie są szeroko omawiane w świecie mainstreamu Aikido, gdyż przez lata starał się zminimalizować istotny wkład  Daito Ryu Aikijujutsu w ewolucję Aikido.

Kiedy rozpocząłem swoje prace badawcze na temat historii Aikido prawie dwadzieścia pięć lat temu, tylko niektóre z książek wydanych na temat tej sztuki walki posiadały niewielkie wzmianki na temat wpływu Daito Ryu Aikijujutsu na tworzenie technik przez Moriheia Ueshibę.

Sokaku Takeda był przedstawiany w nich jako niebezpieczna osobowość o podejrzanej naturze, która zabiła wiele osób w młodym wieku. Ponadto, był opisywany jako chciwa osoba żądająca wygórowanych sum pieniężnych w zamian za naukę sztuk walki. Był on także, wedle tych źródeł, osobą z którą nie dało się w jakikolwiek sposób porozumieć, i której jedyną cechą wynagradzającą wiele wad była niesamowita wręcz znajomość sztuk walki. „Zakuty” w kajdany uprzedzeń na jego temat, sam wylewałem na łamach pierwszych wydań „Aiki News” falę krytyki w stronę Sokaku Takedy.

Krok po kroku, w miarę pojawiających się możliwości rozmów z weteranami, którzy byli nauczani bezpośrednio przez Moriheia Ueshibę w czasach przedwojennych – jak Noriaki Inoue, Kenji Tomiki, Minoro Mochizuki, Rinjiro Shirata, Shigemi Yonekawa, Zenzaburo Akazawa, Hajime Iwata, Tukama Hisa i inni – stawało się dla mnie jasne, że rola Daito Ryu Aikijujutsu była konsekwentnie bagatelizowana, tak samo jak niesamowicie długa i prowadząca do narodzin Aikido relacja Morihei’a Ueshiby z Sokaku Takedą .

Moja ciekawość na temat Daito Ryu została rozbudzona do tego stopnia, że w 1985 roku poprosiłem o wywiad z synem i następcą Sokaku, Tokimune Takedą, który szybko i chętnie zgodził się odpowiedzieć na interesujące mnie zagadnienia.

Nasza pierwsza wizyta w północnej części Hokkaido, dostarczyła możliwości zapoznania się z okolicami wokół Shirataki, gdzie mieszkał i uczył się Daito Ryu sam Morihei Ueshiba w latach 1915-1919. Te i następne spotkania z Tokimune pozwoliły zapoznać się z zupełnie innym spojrzeniem na jednostronną dotychczas wersję relacji pomiędzy Sokaku Takedą i Morihei’em Ueshibą, przedstawianą często w kręgach Aikido.

Podczas jednego ze spotkań, kiedy miałem okazję udać się sam do Abashiri na spotkanie z Sensei Tokimune, zabrał mnie on ze sobą do swojego dojo Daitokan, aby pokazać kilka technik. Pamiętam jak zostałem posadzony w seiza, i Sensei wykonał na mnie, dobrze mi znane, suwari waza kokyu ho wraz z kilkoma jego wersjami. Każda wykonana została bez większego trudu z jego strony.

Tokimune powiedział mi, żebym nie wahał się użyć pełni swojej siły na nim, pomimo iż był człowiekiem w podeszłym już wieku. Szczerze, zrobiło mi się strasznie głupio, kiedy go chwyciłem. Wszystko to z tego powodu, iż doskonale wiedziałem, że moment w którym go dotknąłem był momentem, w którym cała moja siła została całkowicie zneutralizowana.

Miało się uczucie, że cały strumień siły przeszedł przez jego przedramiona. Osiągnąłem wrażenie jak gdyby osiągnął cudowny balans pomiędzy techniką, a siłą podczas całego swego życia wypełnionego treningami. Jeśli to był syn Sokaku, to nie mogłem sobie wprost wyobrazić poziomu techniki jego ojca!

Nastawienie Senseia Tokimune, pełne otwartości umysłu i niespodziewanej przeze mnie chęci współpracy, otworzyło mi drzwi do wspaniałego świata Daito Ryu i Sokaku Takedy. Był to początek mojego poważnego zapoznawanie się z początkami Aikido i rozpoczęło niezwykle efektywny okres pisania na nowo historii bliskości Daito Ryu i Aikido.

Późniejsze świadectwa dawane przez aktywnych ciągle mistrzów Daito Ryu jak Yukiyoshi Sagawa, Hakaru Mori, Seigo Okamoto, Yusuke Inoue, and i zwłaszcza Katsuyuki Kondo, jeszcze bardziej wzbogaciły nasze rozumienie roli dziedzictwa Daito Ryu.

Aiki news rozpoczął stałą serię publikacji i wywiadów na temat Daito Ryu w 1985 roku. Wydaje mi się, że wielu z naszych czytelników praktykujących Aikido zostało niezwykle zaskoczonych naszym nagłym „zauroczeniem” Daito Ryu, które do tego czasu nie było zbyt szeroko omawianym tematem. Niektórzy z naszych czytelników wyrażali obawy, że naszym głównym punktem zainteresowania przestało być Aikido, i że swoim działaniem polegającym na publikacji artykułów poddających w wątpliwość oficjalną historię Aikido działamy na szkodę jego twórcy.

Ponadto, rozpoczęliśmy swoisty wyścig z czasem poprzez rejestrację wspomnień kilku z pierwszych naocznych świadków opisywanych przez nas historycznych wydarzeń.

W każdym razie, trwaliśmy w swoich staraniach i dziś mogę z pełną stanowczością powiedzieć, że nikt na poważnie nie może zakwestionować wielkiego wpływu Daito Ryu na Aikido.

Do odkryć, które byliśmy w stanie udokumentować, rzucających całkowicie nowe światło na złożony związek pomiędzy Daito Ryu i Aikido, należą :

  • Morihei Ueshiba poważnie zaangażował się w naukę Daito Ryu u Sokaku Takeda Sensei w latach 1915-1919. Morihei Ueshiba był tak pochłonięty nauką Daito Ryu, że zaprosił Sokaku Takedę do swojego domu w Shirataki, aby ten udzielał prywatnych lekcji w grupach. Dlatego też opinie, iż Morihei Ueshiba uczył się Daito Ryu przez krótki okres czasu są jawnie fałszywe i wskazują na polityczne rozgrywki autorów tych publikacji.
  • Morihei Ueshiba był częściowo uzależniony od funduszy przysyłanych mu z Tanabe przez jego ojca Yoroku na naukę Daito Ryu. Yoroku, wraz z ojcem Noriaki Inoue (obecnie nieżyjącym) podróżował do Shirataki z zamiarem pozostaniem wraz ze swym synem na Hokkaido. Jest praktycznie pewnym, iż Yoroku spotkał się z Sokaku Takedą, gdyż jego imię znajduje się shareiroku (księga rachunkowa otrzymanych wpłat) Takedy, wraz z imieniem Zenzo Inoue. Niestety, przy tym wpisie nie znajduje się żadna data.
  • Morihei Ueshiba przekazał swój dom w Shirataki wraz z całym jego wyposażeniem Sokaku Takedzie, gdy opuścił Hokkaido pośpiesznie w 1919 roku na wieść o nadchodzącej śmierci swego ojca w Tanabe. Jedną  z opinii dotyczących tego, iż Morihei Ueshiba nigdy nie powrócił do Hokkaido, jest opinia iż chciał on odciąć się całkowicie od Sokaku Takedy. Ta opinia zdaje się opierać na faktach. Niemniej, mogły być także inne powody, które przyczyniły się do decyzji o braku powrotu na Hokkaido przez Moriheia Ueshibę. Trzeba chociażby pamiętać o tym, że dopiero co umarł jego ojciec i że był wtedy zachwycony charyzmatyczną osobowością Onisaburo Deguchi z religii Omoto.
  • Bezpośrednia nauka Daito Ryu przez Moriheia Ueshibę pod okiem Sokaku Takedy trwała dalej, gdy ten pozostawał przez prawie pół roku w domu Ueshiby w społeczności Omoto w Ayabe w 1922 roku. W tym okresie Sokaku Takeda uczył Daito Ryu zainteresowanych członków religii Omoto, a przed swoim wyjazdem nagrodził Moriheia Ueshibę tytułem kyoju dairi. Niejednoznaczny język zawarty w certyfikacie zezwalającym Morihei Ueshibie na nauczanie zawierał zapis o konieczności zapłaty 3 jenów za każdego ze swoich uczniów (równowartość około 300 dolarów w dzisiejszych czasach) i prawie na pewno doprowadził do późniejszych tarć pomiędzy Morihei Ueshibą i Sokaku Takedą, co skończyło się  ostatecznym rozejściem ich dróg.
  • Sokaku Takeda i Onisaburo Deguchi okazywali sobie wzajemną niechęć podczas długiego pobytu Takedy w Abaye. Ta niekorzystna, acz niezaskakująca, sytuacja z pewnością postawiła Morihei Ueshibę w niezręcznej sytuacji, z powodu jego ogromnych długów wobec tych obydwu wyjątkowych nauczycieli. Morihei Ueshiba ostatecznie pozostał lojalny Onisaburo, zrywając znajomość z Sokaku Takedą.
  • Morihei Ueshiba otwarcie nauczał Daito Ryu aikijujutsu przez ponad dziesięć lat pomiędzy 1922, a 1935 rokiem, a może nawet trochę dłużej. Wydał on w tym okresie także około kilkuset certyfikatów (hiden mokuroku), identycznych lub podobnych do tego otrzymanego od Sokaku Takedy. Sam w sobie fakt ten stanowi niezbity dowód wielkiego długu jaki w kwestii technicznej posiada Aikido wobec Daito Ryu.

Wszystko co zostało wspomniane powyżej to kilka z najważniejszych faktów, które w znaczny sposób umknęły gdzieś osobom praktykującym Aikido i Daito Ryu w dzisiejszych czasach. Jednym z fascynujących faktów na temat Daito Ryu jest to, iż pomimo że jego pochodzenie historyczne jest mroczne i pozostaje podmiotem wielu spekulacji, to działalność Sokaku Takedy od około 1900 roku do jego śmierci w 1943 roku jest bardzo dobrze udokumentowana. Jest to zasługa głównie tego, iż jego synowi udało się zachować kilka tysięcy stron jego eimeiroku (lista osób przyjętych) oraz shareiroku. Te niesamowite zapiski zawierają nazwiska tysięcy uczniów Sokaku Takedy z całej Japonii. Oprócz Morihei Ueshiby, na tej liście znajduje się wiele znakomitości znanych szeroko w świecie sztuk walki, oficerów wojskowych, funkcjonariuszy policji jak i polityków oraz osób ze świata biznesu. Podczas wywiadu dla Aiki News w 1987 roku Tokimune zaznaczył wyraźnie, iż jego ojciec nie pozostawiał żadnego „otwarcia” – najmniejszego nawet miejsca na jakiekolwiek spekulacje. Zarządzał wszystkim tak, żeby nigdy nie można było powiedzieć na jego temat fałszywego zdania. Kazał wszystkim swoim uczniom pieczętować się podczas każdego zapisu na naukę. I tak oto nie pozostawił żadnego „otwarcia”, nawet pomimo tego, że już nie żyje!

Następnym artykuł z tej serii zajmie się etapem wczesnej młodości Sokaku Takedy i wpływu jaki od strony technicznej miał na sztukę walki, którą się później zajmował. Skupimy się na wydarzeniach historycznych, których jesteśmy praktycznie całkowicie pewni, że miały miejsce. Poświęcimy również trochę miejsca tym wydarzeniom, które pozostają przedmiotem spekulacji.

Tłumaczenie: Bartosz Domke

Wywiad z Kazuo Chiba (Aikido Journal – 1995 r.)

Gdy osiemnastoletni młodzieniec, Kazuo Chiba ujrzał fotografię Moriheia Ueshiby w zakupionej przez siebie książce od razu wiedział, że jego poszukiwania prawdziwego mistrza budo dobiegły końca. Obecnie jako 8 dan i główny nauczyciel w szkole San Diego Aikikai, Chiba Sensei wspomina historie związane z latami jego pracy jako uchideshi, i w detalach opowiada o koncepcie shu-ha-ri oraz stanowczo wygłasza swoją opinię o nowoczesnym Aikido.

Aikido Journal: Sensei, jak mi wiadomo rozpocząłeś naukę sztuk walki od judo, a później przerzuciłeś się na Aikido. Może mógłbyś opisać nam jak to wszystko wyglądało w tamtych czasach?

Chiba Sensei: Bardzo podobał mi się koncept budo, a zwłaszcza judo. Pewnego dnia doszło do sytuacji, gdy musiałem zmierzyć się w pojedynku z jednym ze starszych uczniów, który posiadał stopień nidan. Był wspaniałą osobą, która nauczyła mnie bardzo wiele o judo od pierwszego dnia, kiedy rozpocząłem naukę w dojo. Dodatkowo bardzo pomagał mi także w wielu sprawach poza matą. Jego ciało było wątłe, ale posiadał niesamowite umiejętności w judo, potrafiąc rzucać znacznie większymi przeciwnikami bez użycia siły. Używał wiele rzutów taiotoshi (opuszczania ciała) and yokosutemi (rzut poświęcenia w bok) o mocy i jakości wykonania, których dzisiaj wiele się już nie spotyka. Był przy tym niesamowicie szybki.

Pokonywał mnie za każdym razem. Pewnego razu jednak, z jakiegoś powodu, to ja okazałem się zwycięzcą pojedynku podczas kachinuke shiai (rodzaj pojedynku podczas którego judoka walczy non stop, dopóki nie zostanie pokonany, po czym zastępuje go osoba, która go pokonała). Zawstydzony wykrzyknął: „Nie potrafię już pokonać cię w judo, ale mam kendo!” (był także posiadaczem nidana w kendo).

Pewnego dnia pojawił się więc u mnie i powiedział, żebym wyszedł na zewnątrz w celu stoczenia pojedynku kendo. I choć wtedy miałem już doświadczenie w karate i judo, to jednak nigdy nie trenowałem kendo. Uznałem że jakoś to się ułoży, więc wyszedłem i znaleźliśmy sobie jakichś pusty plac. Mój sempai dał mi pewne fory pozwalając używać drewnianego bokkenu, podczas gdy jego bronią był bambusowy shinai . Przeciwnik był tak szybki, że nie mogłem go nawet dotknąć, podczas gdy jego shinai obijał moje ciało raz za razem. Ostateczne skończyło się na srogim biciu. To doświadczenie było jednym z pierwszych, które uświadomiło mi pewne kwestie związane z budo. Rozczarowany i pozbawiony złudzeń przestałem chodzić do swego dojo, gdzie pobierałem nauki judo i zacząłem poważnie zastanawiać się nad swoją drogą. Dotarło do mnie że trenując judo nawet najpilniej jak to tylko możliwe, osiągając w nim wysoki stopień i mając wiarę w swoje umiejętności judoki, i tak pozostają duże szanse, że zostanę pokonany przez posiadacza stopnia shodan w kendo w ewentualnym pojedynku. Analogicznie, jeśli jakichś kendoka miałby przywdziać strój judo i przyjść do dojo gdzie trenowałem, to z pewnością pokonałbym go niezależnie od tego jak wielkim szacunkiem cieszyłby się on w świecie kendo.

Po długotrwałym rozmyślaniu na ten temat doszedłem do wniosku, że czegoś mi brakuje i że gdzieś musiałem popełnić błąd. Prawdziwe budo musiało być czymś innym. Prawdziwy adept budo bowiem (jak myślałem) powinien być w stanie odpowiedzieć na daną sytuację zagrożenia niezależnie od okoliczności. Czy to w walce miecz na miecz, bez broni na ataki bez broni, czy w jakiejkolwiek innej kombinacji. Takie proste pytania i wątpliwości doprowadziły do moich rozmyślań na temat istoty prawdziwego budo.

Jako że nie miałem żadnego pojęcia jak odnaleźć ten rodzaj budo, którego szukałem, zaprzestałem jakiegokolwiek treningu sztuk walk na około pół roku. Wiedziałem, że potrzebny mi był nauczyciel, potrafiący wskazać mi odpowiednią drogę.

Pewnego dnia, będąc w księgarni w moje ręce trafiła książka o Aikido. W środku znajdowało się małe zdjęcie przedstawiające O’Senseia. Kiedy je ujrzałem, od razu wiedziałem że trafiłem na swojego nauczyciela. Nie miałem żadnego pojęcia o technikach Aikido, ale nie wydawało mi się to istotne, gdyż po prostu w głębi duszy coś mi mówiło: „To jest to! On wygląda mi na człowieka, który rozumie moje wątpliwości”. Dowiedziałem się więc jak dostać się do miejsca gdzie przebywa Sensei Ueshiba i udałem się tam (w jakichś sposób było to śmiałe i zuchwale), aby zasugerować przyjęcie mojej osoby na uchideshi. Jak najszybciej, nieważne w jaki sposób. Tak o to znalazłem się w świecie Aikido.

W jakim byłeś wieku, Sensei ?

Dopiero co wyszedłem z liceum, więc musiałem mieć około osiemnastu lat. W tamtym okresie O’Sensei mieszkał w Iwama, więc raczej rzadko bywał w Hombu Dojo. Byłem jednak przygotowany na siedzenie przed dojo, aż pozwolono by mi zostać uchideshi. Tak więc czekałem do momentu, aż ktoś zechce ze mną porozmawiać. Była to połowa lutego (1958) i było naprawdę zimno. Ludziom z Hombu Dojo wydawało się, że jestem szaleńcem. Trzy dni później O’Sensei przyjechał z Iwama. Waka Sensei (ówczesny Doshu, Kisshomaru) musiał najwidoczniej poinformować O’Senseia, że jakaś dziwna osoba „koczuje” na dworze i spytać co z nią zrobić. O’Sensei powiedział, żeby mnie przyprowadzić i takim sposobem zostało mi dane go poznać. Czekałem w korytarzu przed pokojem O’Senseia i wykonałem formalny ukłon. Kiedy podniosłem głowę i spojrzałem na niego coś w środku mówiło mi, że wszystko będzie w porządku.

O’Sensei powiedział mi, że trening budo jest niezwykle wymagający, po czym spytał : „Jesteś pewny, że sobie poradzisz?” Odpowiedziałem że jestem tego bardzo pewny, że sobie poradzę, po czym O’Sensei skwitował rozmowę: „W porządku więc”. To było krótkie i bardzo proste spotkanie.

I później spędziłeś Sensei siedem lat trenując jako uchideshi w Hombu Dojo, tak?

Tak. I nie było ani jednego dnia podczas tych siedmiu lat, który nazwałbym zabawą. Nie w tym okresie. W żadnym wypadku. Obecnie bardzo czule wspominam tamten okres, ale wówczas była to prawdziwa udręka (śmiech)! Oczywiście było to coś co sam wybrałem, po to żeby zrealizować swój cel. Nie było to nic do czego byłem zmuszony, więc w tym znaczeniu istotnie było to dla mnie coś w rodzaju sporego luksusu, pomimo wszelkich trudności z tym związanych.

Musisz zatem Sensei posiadać wiele interesujących historii związanych z doświadczeniami jakie udało Ci się zebrać będąc uchideshi …

O’Sensei był ciągle w bardzo dobrej kondycji fizycznej i zdrowiu, kiedy wstąpiłem do jego dojo. Przez ponad siedem lat mojego pobytu w tym miejscu zauważyłem jak gwałtownie zmieniał się jego sposób wykonywania jego technik. Po około roku byłem w stanie na tyle opanować podstawy, żeby móc przyjmować ukemi od O’Senseia. A trening z nim był naprawdę ciężki! Chlebem powszednim były obdrapane ze skóry łokcie podczas trenowania irminage. Ponadto rękawy mojego stroju treningowego były zawsze całe we krwi. Sposób wykonywania technik przez O’Senseia był tak szybki, że ledwo nadążałem zrobić ukemi. Jeszcze gorszym od samego przyjmowania ukemi było to, że nawet jak rzucił tobą niesamowicie mocno, to musiałeś od razu stanąć z powrotem na nogi i nie mogłeś pozwolić sobie na spuszczenie go z oczu nawet na ułamek sekundy. Dosłownie czułeś to u podstawy szyi, kiedy rzucał tobą na odległość dwóch metrów wzdłuż maty. Podobnie jego technika posługiwania się mieczem była niesamowicie szybka.

W jaki sposób opisałbyś Sensei „energię” Moriheia Ueshiby ?

Było to coś w rodzaju bycia „przyciśniętym” przez jakąś niewidzialną siłę. O’Sensei kazał nam atakować go za pomocą bokkenu kiedy tylko chcemy. Każdy moment gdy zatrzymywał się i odwracał, żeby mówić do zgromadzonych wydawał się idealnym, żeby przypuścić na niego atak, gdyż w ogóle nie patrzył on wtedy w naszą stronę. Nawet wtedy jednak nikt nie odważył się go zaatakować. Wszystko to powodowało, że moje ciało zlewał zimny pot. Do tego stopnia, iż ledwo byłem w stanie utrzymać w dłoniach swój bokken. Ciągle jednak, jako jego potencjalni przeciwnicy, staraliśmy się skracać dystans, żeby nagle naszym oczom ukazało się jakieś „otwarcie”. O’Sensei tworzył takie „otwarcia” specjalnie, żeby wyostrzyć nasze zmysły i rozwijać nasze moce postrzegania i percepcję. Do tego rodzaju demonstracji nie brał uczniów, którzy nie byliby w stanie dostrzec oferowanych przez niego „otwarć”. W momencie gdy O’Sensei tylko odrobinę rozluźnił intensywność swego kokyu od razu przypuszczaliśmy na niego swój atak. Tyle tylko, że wtedy już go nie było na swoim miejscu. Z tego powodu wyglądało to wszystko na z góry założone i zaplanowane, podczas gdy O’Sensei zaczynał swój ruch dokładnie w momencie, gdy rozpoczynaliśmy swój atak. Byliśmy po prostu zbyt wolni i nie potrafiliśmy tego dostrzec. Fakt ten pozostaje dla mnie niesamowicie interesującym. O’Sensei mówił, że prawdziwe budo powinno być wykonywane na takim poziomie umiejętności, że każda osoba z „zewnątrz” byłaby w stanie uznać to za z góry zaplanowane i ułożone. Wielokrotnie podkreślał, iż nie można mianem budo nazwać ruchu wykonywanego po wyprowadzeniu ataku, gdy ten jest trakcie „realizacji”. Prawdziwe budo ma miejsce tylko wtedy, kiedy dla postronnego obserwatora wydaje się to z góry ułożone i zaplanowane.

Czy O’Sensei nauczał inaczej uchideshi od pozostałych uczniów biorących udział w normalnych zajęciach ?

Zawartość i treść treningów była dokładnie taka sama. Nam, jako uchideshi, mówiono jednak wprost, że mamy trenować w inny sposób niż pozostali uczniowie. Nasz trening miał być dużo trudniejszy i dużo intensywniejszy. Nie mógł być delikatny i prosty. O’Sensei bardzo tego przestrzegał.

Uchideshi rzadko otrzymywali jakikolwiek rodzaj specjalnego instruktażu dotyczącego sposobu wykonywania technik. Za najintensywniejszą część treningu uznawano raczej interakcję z O’Senseiem w każdym aspekcie jego codziennego życia – w pracy jako jego osobista pomoc, towarzyszeniu podczas podróży, przygotowywaniu jego posiłków i kąpieli, masowaniu jego pleców, czytanie mu i tym podobnych czynnościach. Ludzie którzy nie byli uchideshi mogą mieć problemy ze zrozumieniem znaczenia tego rodzaju codziennego kontaktu.

Mógłbyś nam opowiedzieć coś więcej o tym, Sensei ?

Wielokrotnie towarzyszyliśmy O’Senseiowi podczas podróży, gdy udawał się do takich miejsc jak Osaka czy Wakayama. Wyprawy te trwały zazwyczaj około tygodnia. Załadowani bagażami O’Senseia oraz własnymi z bokkenami i jo przewieszonymi przez nasze ramiona przywoływaliśmy taksówkę mającą zabrać nas na stację kolejową w Tokio. Kiedy tylko tam dotarliśmy O’Sensei od razu wyskakiwał z taksówki i znikał w środku, zostawiając nas samych, podczas gdy naszym zadaniem było kupno biletów i załatwienie pozostałych szczegółów dotyczących podróży. Musieliśmy „ścigać” go po stacji, gdy szedł prosto, „przecinając” stłoczone masy ludzi, które wydawały się rozchodzić przed nim, gdy stawiał swoje kroki.

Kiedy tylko na horyzoncie pojawiały się schody na które trzeba było wejść natychmiast ustawialiśmy się za swym nauczycielem, żeby wspomóc go i pchając do góry wspomagać w pokonywaniu przeszkody. Podobnie przy schodzeniu, ustawialiśmy się schodek niżej, żeby mógł wesprzeć się na naszym ramieniu. W końcu udawało nam się dotrzeć do pociągu. Czasami zdarzało się, że niektórzy z uchideshi nie mogli nadążyć. O’Sensei jednak i tak wsiadał do pociągu i ruszał w dalszą drogę, dlatego każdy musiał robić co w jego mocy, żeby za nim nadążyć i wsiąść do pociągu z resztą grupy. Większość z miejsc, w których się zatrzymywaliśmy miała dwa pokoje i toaletę. O’Sensei spał w jednym z nich, a uchideshi tłoczyli się w drugim. Wówczas, ze względu na swój wiek, O’Sensei wstawał od pięciu do sześciu razy podczas nocy, żeby udać się do toalety, a my musieliśmy mu pomagać i towarzyszyć. Przez pierwsze dwa-trzy lata nie mogłem praktycznie spać, ponieważ nigdy nie byłem w stanie przewidzieć, kiedy dokładnie wstanie.

Gdy wstawał, otwieraliśmy mu drzwi i pomagaliśmy z jego haori (luźny strój, dłuższy z przodu, sięgający długością gdzieś pomiędzy biodra, a kolana), po czym zaprowadzaliśmy do toalety, otwieraliśmy drzwi do środka i zapalaliśmy światło. Po wszystkim pomagaliśmy umyć i osuszyć ręce oraz wrócić do pokoju, po czym sami wracaliśmy do siebie. Oczywiście nie byłeś w stanie za dużo pospać będąc zmuszonym wykonywać podobne czynności pięć-sześć razy w ciągu nocy. Każdy z nas tracił około trzy-cztery kilogramy podczas takiego tygodnia, wracając do domu kompletnie wymęczony i osłabiony.

Interesującym pozostaje dla mnie fakt, że po około czterech latach mogłem już w spokojnie spać. W jakichś niewytłumaczalny sposób byłem w stanie (podczas snu) wyczuć, kiedy O’Sensei potrzebował udać się do toalety. Momentalnie budziłem się, wyskakiwałem z łóżka, przesuwałem drzwi i … on już tam był! Idealny timing, nieprawdaż ? Wykształciło się między nami coś w rodzaju bezsłownej komunikacji. Po japońsku nazywamy to ishin denshin. Co oznacza coś w rodzaju „komunikacji między ludźmi posiadającymi jakby jeden wspólny umysł”.

Jest to rodzaj treningu, który pozwala ci później na wyczucie intencji partnera na macie. Kiedy ty i twój partner stoicie twarzą w twarz, trzymając miecze nie jest ważne kto jest silniejszy, a kto słabszy, ale raczej kto jest w stanie dokładnie przewidzieć intencje drugiej osoby. Jest to zdolność bycia gotowym do ruchu w tym samym momencie, gdy zauważysz pojawiające się „otwarcie”.

Nie wiem czy był to świadomy rodzaj treningu stosowanego przez O’Senseia, ale wpłynęło to bardzo na moją technikę, w ten sposób że byłem w stanie wyprowadzić odpowiedź do ruchu ki swojego partnera i dostosować swój timing do jego ruchu zanim w ogóle o tym pomyślałem. Oczywiście nie jestem w stanie robić tego cały czas … chciałbym. Naprawdę. Wtedy byłbym prawdziwym ekspertem, nieprawdaż (śmiech)?!

Co uważasz Sensei za najważniejszą rzecz dla osób dopiero rozpoczynających trening Aikido ?

Ludzie szukają tak różnych rzeczy w Aikido, że naprawdę trudno generalizować. Kiedy byłem uchideshi ludzi trenujących w Hombu Dojo było zdecydowanie mniej, ale praktycznie wszyscy z nich szukali tak zwanego „prawdziwego” Aikido. Spora grupka z tych uczniów była w pewien sposób ekscentryczna bądź nietypowa w ten lub inny sposób. Wśród nich byli też ludzie, których można by nazwać fanatykami budo. Było to dość dziwna grupa, różniąca się od innych.

Dziś mamy do czynienia z dużo większą różnorodnością. Niektórzy robią to dla zdrowia, inni dla aspektów filozoficznych lub duchowych – wszystkie z tych powodów są dobre.

Ważną sprawą w dzisiejszych czasach pozostaje kwestia postrzegania Aikido jako drzewo. Najistotniejszym jest jasne określenie komu przypadnie rola liści i gałęzi, a komu korzeni i pnia. Dopóki znajdują się ludzie biorący na siebie rolę korzeni i pnia dopóty drzewo pozostaje zdrowe i silne, a wyrastać z niego będą gałęzie i liście. Wtedy nie ma się czym przejmować. Ludzie powinni o tym pamiętać i przestać nalegać na to, aby Aikido zmieniło tę formę jaką jest obecne. Liście to liście, gałęzie to gałęzie i dobrze im tam gdzie ich miejsce. Są one bowiem częścią drzewa. Pytanie kto będzie w stanie zachować sedno Aikido? Innymi słowy podjąć się odpowiedzialności utrzymania korzeni i pnia ?

Uważam że nie ma czegoś takiego jak stare i nowe budo. Mamy słowo kobudo, które dosłownie oznacza „stare budo”. To logiczne przeciwieństwo słów shinbudo („nowe budo”), którego praktycznie nie używamy w języku japońskim, czyż nie? Nowoczesnym trendem „nowego” budo jest nastawienie na rywalizację sportową. Prawdopodobnie nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby nazywać te nowe formy sportowe mianem „nowego” budo. Niemniej wedle tradycyjnego sposobu myślenia sporty nie są zaliczane do budo.

Bardzo trudnym do określenia pozostaje do jakiego stopnia można nazywać takie rzeczy mianem budo. Moim jednak zdaniem, nie ma najmniejszego cienia wątpliwości, że budo jest tym co tworzy korzenie Aikido, z którego wyrastają później gałęzie i liście. Wszystkie pozostałe elementy – Aikido jako „sztuka” czy „filozofia” życia, sposób na zdrowszy tryb życia, kalistenika (aktywność fizyczna oparta o ćwiczenia z wykorzystaniem własnej masy ciała – przyp. tłumacza) czy doskonalenie tężyzny fizycznej – „wyrastają” ze wspólnego korzenia jakim jest budo. Samo w sobie zajmowanie się tymi aspektami jest jak najbardziej właściwe i słuszne. Nie można jednak zapominać o istotnym fakcie, że nie są one „korzeniem” jako takim. O’Sensei zawsze podkreślał, że Aikido to budo, i że budo jest źródłem siły i mocy Aikido. Jeśli o tym zapomnimy, to Aikido przekształci się i zmutuje w coś zupełnie innego, w tę tak zwaną „sztukę” czy „filozofię” życia lub coś na wzór jogi.

Czy mógłbyś Sensei powiedzieć o tym coś więcej z technicznego punktu widzenia ?

Z mojego ograniczonego doświadczenie wynika, że tym co najbardziej urzeka mnie w Aikido jest jego racjonalna natura i fakt, że odnajdujemy spójne zasady wypełniające całość technik Aikido. Na przykład … pośród wielu zasad Aikido, znajdujemy taką która mówi nam, iż „jedno/jedność jest wieloma” („One is many”). Techniki bez użycia broni mają w sobie potencjał na bycie wykorzystanymi podczas używania broni i odwrotnie. Techniki użyte przeciwko jednemu przeciwnikowi mogą zostać użyte do poradzenia sobie z wieloma atakującymi. Linie ruchu przekształcają się z technik bez użycia broni, do tych gdzie używamy broń i z powrotem. Z sytuacji z jednej przeciwnikiem do sytuacji z wieloma przeciwnikami i znów z powrotem. Wszystko to dzieje się w ciągły, połączony, wręcz „organiczny” sposób. W tym sensie Aikido jest bardzo podobne do żywej jednostki. Ten element reprezentuje jedną z najistotniejszy wartości Aikido jako czystego budo. To rodzaj ruchu, którego używał O’Sensei i który można odnaleźć w „sercu” Aikido.

Jednakże, najistotniejsza wartość nie leży w każdej z pojedynczych technik. Liczy się to jak wypełnia ona całą sztukę Aikido i istnieje jako ukryty potencjał. Pozwala podejść do całego zagadnienia według zasad etyki poszukiwanych przez nowoczesną sferę duchowości, zwanymi innymi słowy shinmu fusatsu, czyli tym co reprezentuje najwyższy ideał budo … słowem „Nie zabijać”.

Esencja Aikido jako budo, nie jest bynajmniej bliska jego powierzchownej formie, ale ci którzy posiadają umiejętność „głębszego spojrzenia” powinni się jej doszukać.

Aikido którego powierzchnię postrzegamy, innymi słowy spora część Aikido, z którym mamy do czynienia w dzisiejszych czasach, nie może zbytnio być postrzegane jako reprezentujące budo, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa.

Na szczęście, w Aikido drzemie potencjał, który może być wykorzystany przez uczniów poważnie poświęcających się jego studiowaniu. Ci którzy szukają głębiej mogą znaleźć tę esencję Aikido i poprzez sam długi proces jej poszukiwania uczynić ją ich własną.

Uważam że naprawdę fascynującą i niezwykle głęboką wartością Aikido jest to, że cały czas zachowuje swoją symboliczną, wspaniałą formę, widoczną na „powierzchni” wraz z całym leżącym pod nią potencjałem, będącym do rozwinięcia i pozwalającym odkryć prawdziwą esencję idei „bu”. W tym aspekcie głębia Aikido nie ma granic. Wielkim błędem jest przeświadczenie, że to co widać na powierzchni jest wszystkim i reprezentuje rzeczywistość. Z drugiej strony, poszukiwanie tylko tej „prawdziwości”, która istnieje poza formą może być przyczyną utraty postrzegania uniwersalności Aikido jako drogi czyniąc wszystkie starania Doshu niepotrzebnymi.

Podejście Doshu do Aikido opiera się na pozostawianiu sfery wojennej (bu) i wychodzeniu poza nią. Centralnym punktem tego podejścia jest jego jasno postawiony nacisk na uniwersalność Aikido jako drogi. Doshu patrzy krytycznym, introspektywnym okiem na pewne nieludzkie, nieetyczne, wulgarne aspekty, które są nieodłącznym elementem budo. Poszukuje on wytrwale sposobów na „wyzwolenie” z Aikido tych negatywnych elementów. Wraz z wiekiem wydaje mi się, że stopniowo coraz bardziej doceniam poglądy Doshu na pewne kwestie, darząc go głębokim szacunkiem za jego wielkie starania.

Także wielkie, okrągłe i delikatne ruchy (podobnie jak idee duchowej harmonii i jedności) należą do istotnych elementów Aikido, lecz zbyt duża waga przykładana tylko do nich dostarcza jednostronnego i wypaczonego obrazu treningu i nie może być uważana za uosobienie budo. Tego rodzaju praktyki mają pewne braki w kwestii słuszności i zasadności czysto technicznej. Są one pokrewne wspomnianym liściom i gałęziom i jako takie są zapewne lepiej interpretowane jako symbol filozofii Aikido. Spełniają swoją rolę w dualistycznej naturze Aikido – wyglądzie na „powierzchni” i drzemiącej pod nią realności. O’Sensei zawsze wyraźnie podkreślał, że te aspekty Aikido widoczne jako forma na „zewnątrz” nie muszą koniecznie uosabiać budo. O’Sensei mówił, że źródłem Aikido jest budo i wszyscy musimy najpierw doskonalić budo, ale Aikido samo w sobie wychodzi poza budo. Mówił także. że „teraz ludzie nie potrzebują budo jako takiego”. Wyraźnie to podkreślał.

W ten sposób O’Sensei otworzył drzwi wielu rodzajom ludzi, którzy w przeszłości (z jakichkolwiek powodów), byli wykluczeni ze świata tradycyjnego budo – ludzie o wątłych ciałach, bez siły fizycznej, starsi czy kobiety. Odrzucił współzawodnictwo i poprzez to stworzył możliwość adaptacji tej drogi dla zdolności i właściwości każdej jednostki, wyciągając z niej ukryty potencjał i pozwalając każdemu na odnalezienie swojej niszy i wypełnienie swojej misji w życiu. Świat w którym ludzie mogą żyć razem ma rację bytu, gdy wszyscy wykorzystują swój potencjał w ten sposób. Tak właśnie rozumiem sposób myślenia O’Senseia.

To przełomowy sposób myślenia o budo, nieprawdaż ?

Tak, ale z drugiej strony to czego obawiam się najbardziej to moment, w którym ci ludzie wykluczeni z tradycyjnego budo znajdą swoją drogę w Aikido i zaczną myśleć, iż tylko ich sposób wykonywania Aikido jest właściwy i słuszny. Zapominają o rygorze, który towarzyszy budo, odrzucają go jako element nie będący częścią Aikido. Są ludzie którzy tak myślą, ale wydaje mi się, że padli ofiarą niezrozumienia w myśl którego biorą liście i gałęzie za korzeń. Może to zakończyć się wielką szkodą dla Aikido jeśli liście i gałęzie staną się korzeniem. Jeśli tak się stanie, wówczas całe Aikido poczyni wielki krok w złym kierunku.

Oczywiście, równie ważne jest pamiętanie, że liście i gałęzie więdną i usychają, a w rezultacie pada i korzeń. Dlatego też musimy myśleć o Aikido jako jednym, kompletnym żywym organizmie, biorąc pod uwagę ogólną harmonię i rozwój jego wielu aspektów.

Wydaje mi się, że fakty o tym dlaczego i jak O’Sensei stworzył Aikido powinny odpowiadać naszym własnym poszukiwaniom w obrębie tej sztuki. Idąc dalej metaforą drzewa … zamiast zbierać owoce z drzewa, które stworzył O’Sensei powinniśmy sami „wniknąć” w jego liście i przez gałęzie, a później pień dotrzeć do samego korzenia. Musimy dotrzeć do źródła w taki właśnie sposób, aby w pełni zrozumieć proces, który doprowadził O’Senseia do takich, a nie innych wniosków. Aby uczynić Aikido naszym własnym musimy, moim zdaniem, rzucić się najdalej jak to możliwe w stronę doświadczeń jakich doznał O’Sensei, zarówno wewnętrznie jak i w aspekcie technicznym, pomimo tego iż nie mamy jego poziomu umiejętności.

Myślę że to co moglibyśmy nazwać „pełnym” budo tak naprawdę nie istnieje (to samo można powiedzieć o filozofii i religii, lub nawet o konstrukcji człowieka). „Moje wypełnienie mojego budo”, innymi słowy spełnienie jako jednostka, na poziomie osobistym – to wszystko co jest i można osiągnąć. O’Sensei wypełnił swoje budo, ale to nie jest moje budo.

Podobnie, nie mogę dać, ani przekazać mojego budo swoim uczniom. Mogę co najwyżej „zaprosić” ich do korzystania z mojego doświadczenia, pozwolić im użyć go jako przewodnika do wypełnienia ich własnego budo. W tym sensie budo jest raczej rodzajem samotnych poszukiwań dla każdej osoby zainteresowanej ich przeprowadzaniem. Nie można się bowiem nauczyć, czy otrzymać w całości wszystkiego co osiągnął twój nauczyciel. Różne aspekty budo nie objawią ci się po prostu w ten sam sposób jak doszedł do nich twój nauczyciel. Nie oznacza to oczywiście, że nie istnieje potrzeba utworzenia podstawowych metodologii nauczania zawierających teorie, doktryny, metody treningowe i tak dalej.

W budo są trzy etapy shu (ochrona/utrzymanie/obserwacja), ha (zburzenie/zniszczenie) i ri (oddzielenie/uwolnienie). W etapie shu przyjmujesz to co twój nauczyciel ma do przekazania i pozostajesz całkowicie posłuszny. Pewność siebie, kreatywność i niezależne pomysły z twojej strony są całkowicie zabronione podczas tego okresu, nieważne jak długo on zajmie. Musisz całkowicie podążać za tym co jest nauczane, bez wdrażania własnych uprzedzeń czy skłonności w jakikolwiek sposób. Jest to często nazywane formą „auto-negacji”. To jak wiele się nauczysz zależy od twojego nauczyciela, nie od ciebie.

Dlatego też zachodzi potrzeba kolejnego etapu – ha, czyli uwolnienia się od tego co się dotychczas nauczyłeś. W tym procesie jednostka, którą nazywasz „sobą” zaczyna pomału „pojawiać na horyzoncie”. Jest to forma twórczości i jako taka oznacza potwierdzenie własnego „ja”. Podczas tego etapu odkrywasz własne zdolności i właściwości oraz osobowość. Innymi słowy to czym jesteś. Zaczynasz przeglądać i segregować to wszystko czego dotychczas się nauczyłeś. Dokonujesz selekcji i „trawisz” to wszystko czego ci potrzeba, żeby stworzyć i uzupełnić to „coś” co jest twoim własnym. Nie jest to jednak koniec, gdyż ten rodzaj potwierdzenia własnego „ja” istnieje przede wszystkim na zasadzie negacji tego co jest „inne”. Innymi słowy jest to względne w stosunku do tego od czego udało ci się dopiero co uwolnić. Także i ten etap musisz w końcu opuścić.

Ostatnim etapem jest ri. Po zanegowaniu siebie w pierwszym etapie (shu), potwierdzeniu własnego „ja” w drugim (ha), w trzecim etapie (ri) musisz zanegować nawet to wcześniejsze potwierdzenie własnego ja. Ri pozwala ci na odrzucenie tej „względności”, która trzymała cię i wiązała w poprzednich dwóch etapach, stając się „bramą” do uniwersalności i spełnienia.

W kwestii techniki shu jest czasem na doskonalenie technicznych aspektów, podczas którego przechodzisz przez „lwią część” repertuaru technik i ich wykonania, ha daje możliwość badania i aplikacji tych technik, a ri jest spełnieniem i stworzeniem tego co można uznać za twoje własne.

W kwestii duchowego i psychicznego stanu shu jest negacją samego siebie, ha potwierdzeniem własnego „ja”, a ri jest wyjściem i porzuceniem ram dualnego charakteru konfliktu na linii „ja-inne”. Jest to pewnego rodzaju uwolnienie z natręctwa szczegółów. Wszystkie te etapy przecinają się i przenikają.

Dzisiejsze Aikido wydaje się być pozbawione elementu shu, co moim zdaniem może powodować spore problemy w przyszłości. Wydaje mi się, że trening budo, który nie posiada etapu negacji samego siebie może być niebezpieczny dla osoby ćwiczącej. Ostry, rygorystyczny trening, dzięki któremu doświadczy auto-negacji jest niezbędny. Dokonując tego, naturalnie osiągasz kolejny etap potwierdzenia własnego „ja”, i w końcu (opuszczając i ten etap) osiągasz swój prawdziwy cel. Poprzez swoje ograniczone doświadczenie byłem w stanie dotknąć fragmentu tego świata, który teraz opisuję. Jednakże, interpretowanie tego wszystkiego oczyma osoby, która ich nie doświadczyła nieuchronnie dostarcza niewiele więcej niż mechaniczny, martwy opis.

Nawet coś takiego jak koncept shu-ha-ri, staje się strasznie wypaczony jeśli stara się go zamknąć w jakichś określony, intelektualnych formach. Shu-ha-ri i rozwój jaki te formy opisują mają bowiem aspekt dialektyczny. W istocie, ich egzystencja przyjęta w ramy Aikido jest dość podobna do punktu widzenia egzystencjalistów (egzystencja wyprzedza esencję), który rozkwitł w XIX wieku.

Ekstremalnie nowoczesnym podejściem w Aikido jest założenie, że zamiast ujęcia definiującego ludzi w budo, przyjmuje się, że to natura ludzkiej egzystencji nadaje budo definicję wyjaśniając ją na nowo, obdarzając świeżym znaczeniem, szanując praktyczność i autonomiczną wolność. Oczywiście, zwiększa to sceptycyzm i chęć poszukiwań. W istocie oferuje się niegotowy „produkt”, bez przewodnika na którym można by oprzeć postrzeganie i perspektywę. Osoby praktykujące budo nie są w stanie pomóc, lecz jedynie być mocno świadomymi niestabilności własnego położenia. Jeden fałszywy krok grozi upadkiem w ramy ideologii i dogmatyzmu oraz zgubnego wpływu towarzyszącej temu samo satysfakcji. Aby tego uniknąć uważam, że ostra dyscyplina i rygor powinny być nieodłącznym elementem budo.

Trening Aikido opiera się o powtarzane ciągle przez lata formy, w celu utworzenia bazy, która pozwoli z czasem na stworzenie czegoś swojego. Ważnym jest więc, aby starać się dalej myśleć o tym w warunkach prezentowanych na treningu. Weźmy na przykład kata lub ustalone formy treningowe. Na potrzeby formy ustalamy (na zasadzie kontrastu) relację pomiędzy tori (który jest aktywny), a uke (który jest bierny), ale w taki sposób, że każdy trenuje swoją zdolność do wejścia w stan autonomicznej wolności do tego stopnia, że nie ma między nimi dwoma żadnej różnicy. Takie podejście można poszerzyć o różne, na pozór kontrastujące ze sobą aspekty życia samego w sobie – młodość i starość, szczęście i smutek, zdrowie i niemoc, wygrana i porażka, sukces i porażka, życie i śmierć – dzięki czemu nabiera to głębszego sensu jako sposób na kierowanie życiem każdej jednostki. Oryginalna i najistotniejsza część natury budo jest ściśle powiązana z unoszącą się na granicy życia i śmierci koncepcją konfliktu „ja-inne”, nieuchronnie dotykającą obszaru irracjonalności egzystencji. Jednakże, w ramach tej irracjonalności można odnaleźć „wbudowaną” szansę na obudzenie źródła autonomicznej wolności jednostki. Zen i budo są w tym sobie bliskie. Obydwa uznają bowiem irracjonalność życia, mimo iż podchodzą do tego zagadnienia w zupełnie inny sposób.

Nawet w ramach buddyzmu, Zen w szczególności poświęca się odrzucaniu ideologii i dogmatów, aby dotrzeć bezpośrednio do natury egzystencji. Pod tym kątem jest niezwykle praktyczne i egzystencjalne zarazem. Z tego powodu znacząco wpłynęło na duchową stronę klasy wojowników w Japonii od epoki Kamakury. Naturalną koleją rzeczy stało się więc podstawą ich sztuk walki i, jak widać, istnieje do dziś.

Przy okazji, zamiast używać do porównania rzeczy takich jak Zen czy budo do porównywania jednego za drugim, wolałbym żeby ludzie raczej leżącego u podstaw tego wszystkiego japońskiego „ducha”, który je zaabsorbował i połączył. Ten sam „duch” połączył takie elementy jak Zen czy budo wraz z konfucjanizmem, taoizmem i szyntoizmem, „szlifując” każde z nich wydobywając ich odmienny blask, pielęgnując i pozwalając „przesiąknąć” sobą nawzajem, aby na końcu utworzyć cudownie harmonijną całość.

Wracając jednak do sedna mojej wypowiedzi … Podejrzewam, że wiele z tego co dzieje się w dojo – rzucanie lub bycie rzucanym, czy na przykład kwestia wygrywania lub przegrywania podczas tachiai (którego używamy zamiast właściwych meczów o charakterze współzawodnictwa) jest bardziej symboliczne w swojej wymowie. W rzeczywistości podstawowym problemem, który jest podnoszony jest kwestia odpowiedzi jednostki na różne warunki i sytuacje z jakimi przyszło im się zmierzyć. Tak jak sugeruje przysłowie makete katsu („zwycięski w porażce”), koncepcje obecne w świecie –wyższość i niższość czy zwycięstwo oraz porażka, nie są takie ważne.

Zadziwiającym jest fakt, że ludzie którzy naprawdę doszli do takiego stanu samorealizacji wydają się postrzegać śmierć jako zwykłe zdarzenie, które ma miejsce. Weźmy na przykład chińskiego mistrza Zen – kapłana Bukko, który żył podczas okresu panowania Południowej dynastii Sung (1127-1279). Został zaproszony do bakafu Kamakuru, gdzie w ostateczności przeżył w Japonii swe ostatnie lata. W pewnym momencie został pojmany podczas konfliktu mongolskiego i stał się jeńcem. Miał zostać zgładzony, gdy napisał wiersz w chińskim stylu zawierający słynną strofę „Denko eiri shunpu wo kiru”, co można przetłumaczyć jako „Nawet jeśli zetniecie moją głowę, nie uczyni to nic więcej niż powiew wiosennego wiatru, który szepcze właśnie pośród tych pól”. Podobno Tesshu Yamaoka nazwał swoje dojo Shunpukan (dojo wiosennego wiatru) na cześć tejże zwrotki. Bardzo ożywcze dla duszy, nieprawdaż ?

Dziewiętnastowieczni egzystencjaliści z Europy, poczynając od Kieerkegaarda i Nietzschego, przez Jaspersa i Heideggera po Sartre’a (który stał się później ateistycznym egzystencjalistą), jak jeden „mąż” szukali podstaw egzystencji/bycia wobec otchłani nicości. Można doszukać się analogii pomiędzy tym co robili, a myślą Zen, która przez tysiące lat do perfekcji doprowadziła umiejętność odnoszenia się do kwestii irracjonalności egzystencji. Fakt że te dwa podejścia wyłoniły się z kompletnie różnych kultur pokazuje wspólny element w głęboko osadzonych rejonach ludzkiego ducha.

Oczywiście cywilizacja Wschodu i Zachodu są od siebie oddalone w innych kwestiach. Wschodnia myśl przeniknięta jest ideą jedności ducha i ciała, która nie jest taka łatwa do odnalezienia w myśli Zachodu. Jest to dobrze widoczne w tradycjach Wschodu takich jak hinduska Joga, magiczne praktyki chińskiego taoizmu, chińskie sztuki walki, misogi i inne praktyki „oczyszczające” w japońskim Shinto oraz buddyjskiej medytacji Zazen, a także japońskim budo, które wprowadziło elementy pozostałych.

Przeciwnie w myśli Zachodu, która wydaje mi się być dualistyczna w swej istocie. Niewiele można w niej znaleźć jedności pomiędzy duchowym, a fizycznym aspektem aktywności ludzkiej, co każe traktować to bardziej w sferze czystej spekulacji.

Myślę że to główna różnica rzucająca się w oczy pomiędzy myślami Wschodu i Zachodu. Doskonałym przykładem różnicy pomiędzy tymi dwoma stylami myślenia jest na przykład rzeźba Rodina pt. „Myśliciel” zestawiona z rzeźbą w świątyni Koryu w Kyoto przedstawiającą w połowie usadzonego Bosatsu (Bodhisattva), mającego reprezentować postać księcia Siddhartha zanim osiągnął buddhahood (rodzaj duchowego oświecenia według nauk buddyjskich – przyp. tłumacza). Różnica w podejściu do rozważań na ten temat jest oczywista, kiedy porówna się te dwa dzieła.

Proszę mnie źle nie zrozumieć i nie myśleć, iż uważam myśl Wschodu za lepszą i stojącą wyżej. Wszakże, od wybuchu rewolucji przemysłowej w latach 70. XVIII wieku, to czysto abstrakcyjne podejście Zachodu stworzyło podstawy nauki będące „bazą” całego naszego nowoczesnego stylu życia. Z punktu widzenia historii ludzkości, właśnie teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, rośnie potrzeba połączenia tych dwóch myśli.

To kolejny powód dla którego musimy na poważnie rozważyć jak rozprzestrzenić i rozwinąć Aikido wraz z jego charakterystycznymi cechami jako formę jedności ciała i umysłu wynikającą z tradycyjnego budo, w taki sposób, żeby mogła zostać przekazana właściwie do ludzi na całym świecie.

Obawiam się, że jeśli nie rozprzestrzenimy wszystkiego prawidłowo to Aikido skończy bez jakichkolwiek korzeni bądź liści.

To samo można powiedzieć o całym tradycyjnym japońskim budo.

Całkiem szczerze uważam, że jeśli celem samym w sobie miałoby być spełnienie roli fizycznej aktywności dla nowoczesnych ludzi, okazałoby się że nie ma już żadnej potrzeby istnienia prawdziwego budo. Sport i inne formy aktywności fizycznej wystarczyłyby w zupełności.

Budo jednak ma wartości wykraczające daleko poza zwykłą aktywność fizyczną, oferując znacznie więcej społeczeństwu i twierdzę, iż musimy poświęcić temu więcej uwagi.

Sądzę iż japońskie budo (w tym Aikido) ma wielki, ukryty potencjał mogący pomóc sprawdzić stan naszej stopniowej utraty autonomicznej wolności. Ta wolność ulatuje poprzez mnogość sprzeczności wynikających z materializmu naszych kapitalistycznych społeczeństw, poprzez ideologię przewagi ekonomicznej i wreszcie poprzez nadmierne oddanie racjonalizmowi. Budo oferuje możliwość powrotu ludziom do „głębokich wód” ich autonomicznej wolności, więc myślę że musimy poddać je jeszcze raz ocenie oraz odbudować je mając to wszystko w pamięci.

Tłumaczenie: Bartosz Domke

Czy współzawodnictwo może wzmocnić Aikido O’Senseia? – Stanley Pranin

Artykuł ukazał się w magazynie „Aikido Journal” nr 102 z 1995 r.

Aikido jako sztuka walki cieszy się stale rosnącą i zataczającą coraz szersze kręgi popularnością. Dzieję się tak od momentu jego „cichego” wprowadzenia w Japonii, przypadającego na okres poprzedzający wybuch II wojny światowej. Podczas gdy samo w sobie Aikido zyskało duży szacunek za swoje zasady etyczne, to jego techniki są często krytykowane za bycie zbyt miękkimi i niepraktycznymi w jakiejkolwiek prawdziwej walce czy starciu.

Wielokrotnie zabierałem głos w tej sprawie i twierdziłem, że niezobowiązujący charakter ćwiczeń w wielu dzisiejszych szkołach Aikido pozostawia uczniów z całkowicie nierealistycznymi oczekiwaniami w stosunku do tego czego mogą oczekiwać, że uda im się osiągnąć w prawdziwej walce gdyby ich umiejętności zostały poddane takiej próbie. Dalej twierdzę że ćwiczenie technik przeciwko pozbawionym życia „ceremonialnym” atakom, bez użycia prawdziwego atemi i przekonującej techniki wykończeniowej, pozostawia ćwiczącego wysoce podatnym na niepowodzenie w przypadku realnego zagrożenia.
Biorąc pod uwagę powyższe pojawia się pytanie – jak w takim razie dodać mocny element „realizmu” do treningu Aikido? Do tej pory zaproponowanych zostało kilka rozwiązań, takich jak: nauka wyprowadzania ataków i uderzeń, wprowadzenie dowolnego użycia atemi, dodawanie elementów samoobrony etc. Celem każdego z nich było poprawienie luk i braków w obszarach, które uważano za słabe w Aikido.

Kolejnym z najczęściej omawianych rozwiązań tego kłopotliwego tematu jest wprowadzenie prawdziwych zawodów Aikido, w celu nadania tej sztuce walki realistycznego wymiaru, a także wymiernego sposobu sprawdzenia własnych umiejętności w starciu z prawdziwym przeciwnikiem. Argumentem przemawiającym za takim rozwiązaniem jest często podnoszony głos, iż wykładnią danej sztuki walki jest to jak jej założenia sprawdzają, lub sprawdziłyby się w sytuacji pojedynku. Na przykład, jak poradziliby sobie posiadacze piątych danów z karate i judo w bezpośredniej konfrontacji? Czy taekwondo jest lepsze od kung fu? Czy aikidoka nie posiadający umiejętności z zakresu innych sztuk walki dałby sobie radę w starciu z przeciwnikiem reprezentującym bardziej bojowy i nastawiony na atak styl walki? Takie spekulacje nie mają końca i do tej pory nie doprowadziły do żadnego consensusu.
Najbardziej znaczącym przykładem koncepcji wdrożenia zasad współzawodnictwa i zawodów do Aikido jest system Tomiki, zainspirowany filozofią i sposobem myślenia Jigoro Kano, twórcy judo.

Kenji Tomiki, przedwojenny „wyznawca” nauk zarówno Kano jak i Morihei Ueshiby, a także odnoszący sukcesy judoka, wymyślił sportowy system Aikido, który został wprowadzony w życie przez klub Aikido na uniwersytecie Waseda w latach 50. XX wieku. W ramach meczów odbywających się na takich zawodach jeden z zawodników uzbrojony jest w sztuczną imitację noża, podczas gdy drugi ma za zadanie bronić się przed atakiem przeciwnika. Po określonym czasie zawodnicy zamieniają się rolami, a podliczone odpowiednio punkty służą jako podstawa do ogłoszenia zwycięzcy takiego pojedynku. Jako dodatek do meczów, wprowadzono także zawody kata. Sensei Tomiki eksperymentował z różnymi modyfikacjami wdrażanymi do opracowanego przez siebie systemu. Po jego śmierci w 1979 roku, najstarsi z jego uczniów kontynuowali jego dzieło pod egidą Japan Aikido Association.
Na świecie znajduje się około stu szkół czy klubów, które opierają się na systemie Tomiki. Rezultaty tego trwającego do tej pory eksperymentu okazały się różne i nierozstrzygające. Nawet mając do dyspozycji taki system, dalej znajdują się tacy adepci Aikido, którzy preferują bardziej tradycyjne metody treningu i rezygnują z elementu zawodów i współzawodnictwa. Metody Sensei Tomiki są często i mocno atakowane przez zwolenników innych szkół Aikido, którzy twierdzą że koncepcja rywalizacji i współzawodnictwa sama w sobie zaprzecza głównym ideom i założeniom Aikido. Z tego też powodu Aikido Tomiki pozostaje, do pewnego stopnia, odizolowane od głównych nurtów nauczania Aikido.

Dwa inne, szeroko uprawiane style Aikido, również sięgnęły do idei rywalizacji, aczkolwiek tylko w ograniczonym zakresie, połączonym głównie z demonstracjami i pokazami. Zarówno organizacje Yoshinkan Aikido jak i Shinshin Toitsu Aikido przeprowadzają pokazy, w których uczestnicy oceniani są na podstawie swoich wystąpień. Ocen dokonuje się na kilku płaszczyznach takich jak wykonanie techniki, balans ciała, umiejętność „zlewania” się z ruchem atakującego itd. Zwycięzcy otrzymują na koniec nagrody, podobnie jak w innych sportach. Rodzaj „przyjaznych zawodów” wydaje się zachęcać uczestników do wytężonej pracy, przynajmniej podczas przygotowań do zawodów.
Wydaje mi się, iż „puryści” Aikido, którym nie przypada do gustu system Tomiki, nie są szczególnie przejęci krytykowaniem podejścia do zawodów preferowanym w szkołach Yoshinkan i KI Society, gdyż żadne z nich nie przeprowadza meczów lub pojedynków, w ramach których występujące przeciwko sobie dwóch przeciwników, których celem jest pokonanie drugiego. Wyrażam jednak dużą wątpliwość czy ten rodzaj zawodów, czy też pokazów organizowanych przez te szkoły, będzie wystarczająco przekonujący, żeby przekonać sceptyków chcących dać technikom Aikido tak zwany „pazur”, aby mogły zostać nazwane efektywnymi obliczu prawdziwej sytuacji zagrożenia.Kolejna próba przywrócenia Aikido wymiaru na wzór „aiki budo” poprzez wprowadzenie zawodów została podjęta przez Sensei Fumio Sakuraia. W myśl idei tego było shihana Yoshinkan, Aikido powinno odkryć na nowo swoje korzenie i być praktykowane z pełną werwą tak jak w czasach przedwojennych. Wspomina on tutaj niezwykle rygorystyczne treningi przeprowadzane przez swojego nauczyciela Gozo Shiodę (twórcę Yoshinkan Aikido – przyp. Tłumacza) w „piekielnym dojo” Morihei Ueshiby w latach 30. XX wieku. W swoich staraniach mających pomóc osiągnąć ten cel, Sakurai zaczął eksperymentować z nową formą zawodów, w myśl której przeciwnicy stają do walki na gołe pięści, bez żadnej broni. Każdy z uczestników pojedynku (według zasad) przywdziewa ochraniacze na kolana, golenie i stopy. Wszelkie kopnięcia są w pełni dozwolone. Zabronione z kolei są wszelkie uderzenia, w tym ataki na twarz, w zewnętrzną część kolan, w krocze, a także kilka innych niebezpiecznych ruchów.

Niedawno miałem okazję uczestniczyć w inauguracyjnym turnieju Sakurai ryu Aikido, jak zostało nazwane to nowe podejście. W tych wewnątrzklubowych zawodach udział wzięło szesnastu uczestników z których żaden, poza jednym lub dwoma, nie miał żadnego turniejowego doświadczenia. Większość ataków była niepewna i nieśmiała, gdyż wszelkie atemi było zabronione. Ci którzy wypadli najlepiej sukces zawdzięczali skracaniu dystansu w celu zdobycia punktów. Widziałem tylko jedną lub dwie czyste techniki Aikido. Jedno kota-gaeshi i jedną dźwignię na rękę. Zwycięzca w kategorii ciężkiej był największym, najbardziej umięśnionym i najlepiej przygotowanym fizycznie uczestnikiem ze wszystkich. Jednakże, odniósł on kontuzję podczas turnieju, która wyeliminowała go później z treningu na kilka tygodni.
Wyzwaniem dla zwolenników Tomiki czy ludzi jak Sensei Sakurai, którzy preferują współzawodnictwo w Aikido, pozostaje kwestia zachowania, w ich całym przedsięwzięciu, kluczowych atrybutów Aikido (systemu taijutsu wraz z określonymi zasadami etycznymi) w połączeniu z utrzymaniem widowiska sportowego, które jest jednocześnie bezpieczne i interesujące dla oglądających. Co bowiem jeśli zasady i rodzaj zawodów nie prowadzą do zastosowań technik Aikido? Jak unikać osiągnięcia celu w myśl zasady „zwycięstwo przede wszystkim”- która jest oczywistym przeciwieństwem i antytezą wizji Moriheia Ueshiby – a będącej główną wytyczną rywalizacji i współzawodnictwa w każdym praktycznie sporcie? Jeśli te warunki nie są spełnione przez nowe, „raczkujące” sportowe Aikido, to jakie uzasadnienie ma w ogóle nazywanie tego mianem Aikido?

Rezultatem naszej promocji działań Sensei Sakurai’a w japońskojęzycznej wersji „Aiki news” było zaproszenie na dwa turnieje walki bardzo popularnego Gracie Jujutsu. W pierwszym turnieju, Rickson Gracie, praktycznie bez żadnego wysiłku, odniósł trzy zwycięstwa ze znacznie większymi przeciwnikami obalając ich na ziemię i dokonując decydującego duszenia. Wszystko trwało ledwie kilka sekund. Jest to znak charakterystyczny jego wyjątkowego systemu, który zyskał (pełni zasłużone) szerokie uznanie za swoją efektywność w warunkach zawodów sportów walki.
Co zachwyciło mnie najbardziej to sposób w jaki Rickson z dziecinną wręcz łatwością powalił na ziemię swoich przeciwników i to jak osiągnął swoje zwycięstwa bez absolutnie żadnej szkody dla siebie ani nikogo innego. Zdecydowanie powinniście się temu przyjrzeć! Dwóch pozostałych zwycięzców w swoich kategoriach pomimo swoich zwycięstw zakończyło zawody z połamanymi dłońmi, a ich wiktoria okazała się krwawa i pozbawiona polotu w porównaniu do osiągnięć Rickson’a. Gracie jujutsu z pewnością znajdzie się w kręgu zainteresowań wielu aikidoków ze względu na swój ludzki wymiar i efektywność w pewnych możliwych sytuacjach realnego zagrożenia. System ten opiera się na eksperckim opanowaniu chwytów i łapania. Wiedza posiadła podczas nauki tego systemu zdaje się przydatnym uzupełnieniem każdej sztuki walki.

Okazja obejrzenia tych zawodów była dla mnie swego rodzaju objawieniem i niepowtarzalną okazją, biorąc pod uwagę fakt, że pochodzę ze świata Aikido. Z wyjątkiem starć z udziałem Ricksona, uważam większość z oglądanych walk za „zwierzęce” i szczerze mówiąc odpychające. Dotarło do mnie, że od uczestników takich zawodów wymaga się wykształcenia specyficznego nastawienia i sposobu myślenia, żeby mogli z powodzeniem radzić sobie w podobnych turniejach. Tacy zawodnicy muszą nauczyć się bycia agresywnymi i bezwzględnymi, oraz wykorzystywać do maksimum granice dopuszczanych zasad, aby osiągnąć zwycięstwo. Wątpię że tak ukształtowane cechy charakteru mogą być tak po prostu włączane i wyłączane. Tak samo zastanawia mnie czy takie podejście i nastawienie, głęboko zakorzenione poprzez niezwykle rygorystyczny trening, nie przejmie w sposób dominujący osobowości takiego sportowca, obciążając jego życie osobiste i kontakty międzyludzkie. Czułem, że kontrolowana i pełna harmonii natura Aikido – mimo że może nie przygotować kogoś do walki na turnieju – jest dużo bardziej preferowana przez osoby chcące żyć pokojowo w społeczeństwie, w przeciwieństwie do tych pełnych silnej i zawziętej konkurencji stylów walki.
Zauważyłem również, że ci sportowcy, z których wielu aspiruje do miana profesjonalistów, żyje w ciągłym strachu przed kontuzją. Oczywistym było, podczas oglądania tych zawodów, że niektóre z ruchów i manewrów obronnych zostały opracowane specjalnie po to, aby ochronić przed atakiem ważne i newralgiczne części ciała. Mimo, że śmiertelne kontuzje mogą być nieczęste w takich turniejach, ilość otrzymanych ciosów i obrażeń fizycznych przez pewien dłuższy okres czasu może doprowadzić do poważnych problemów zdrowotnych, niepełnosprawności, nie wspominając o utracie środków zapewniających utrzymanie. Przykład boksu czy piłki nożnej!

Oglądanie tych turniejów pozwoliło mi dostrzec obszary, w których rejony wcześniej nigdy się nie zapuszczałem. Sam siebie pytałem czy na przykład zwycięzcy tych zawodów pokazują swoją zdolność do pokonania przeciwnika w prawdziwej sytuacji poprzez zwycięskie boje z innymi w ringu? Z pewnością w tych zawodach udział brali także bardzo uzdolnieni adepci różnych sztuk walk. Pomimo że pierwsze pojedynki, które oglądałem były reklamowane jako „bez ograniczeń i zahamowań”, to jednak dalej walczyli oni wedle zasad wytyczonych przez ring i zasady. Nie było tam bowiem żadnego elementu zaskoczenia, żadnej broni, czy to białej lub palnej. Mimo więc tego, że całość reklamowana była jako „bez ograniczeń i zahamowań” w granicach do maksimum dopuszczalnych przez ring i zasady, to jednak była ona dalece oddalona od tych jakie naprawdę można spotkać w rzeczywistości.
Nawet niesamowite zdolności zademonstrowane przez Ricksona Gracie nie dają żadnego potwierdzenia czy wskazówki jak poradziłby on sobie w prawdziwej sytuacji na „ulicy”, gdyby przyszło zmierzyć mu się z kilkoma atakującymi, którzy w dodatku zapewne byliby dobrze uzbrojeni. Oczywiście jego szanse mogłyby zostać uznane za dużo większe niż te u osoby nie trenującej absolutnie nic. Niemniej, konfrontacja z udziałem broni palnej – najbardziej przerażającej w oczach przeciętnego obywatela – jest całkowicie inną sprawą, zarówno w sferze taktycznej, jak i psychologicznej.

Podsumowując, wątpię że osoba chcąca odnaleźć w sobie „ducha samuraja” we współczesnym świecie znajdzie satysfakcjonujące rozwiązanie na drodze poszukiwań bitewnej efektywności poprzez zawody w sztukach walki. Wierzę raczej w to, że umiejętności wymagane, aby stać się niezrównanym wojownikiem we współczesnym społeczeństwie są zupełnie inne od tych z dużo wcześniejszych i prostszych czasów, w których wszystkie te sztuki walki zostały wynalezione.
Dzisiejsi wojownicy to ludzie tacy jak policjanci czy zawodowi żołnierze jednostek specjalnych, którzy na przykład uczą radzenia sobie z przemocą. Ci oddani słudzy prawa posiadają ogromną wiedzę na temat wielu przejawów brutalnego zachowania i tego jak sobie z nim radzić. W swojej pracy wykorzystują pełną wiedzę (z dużą ilością detali) z zakresu rozumienia zasad działania broni, taktyki bojowej czy psychologii. To ludzie, którzy spojrzeli śmierci w twarz przy wielu okazjach i którzy nie mogą sobie pozwolić na choćby odrobinę rozluźnienia własnej czujności podczas wypełnianej służby.

Główny wkład Aikido w wzbogace życia każdego z nas leży nie w mechanice wykonywanych technik, lecz raczej w zdolności do przemiany i rozwoju ducha ponad płaszczyznę dualistycznego myślenia. Szczerze wierzę, że ci którzy poszukują „niezawodnego i doskonałego stylu walki” są skazani na wieczny pościg za ulotną iluzją.

Stanley Pranin, wydawca „Aikido Journal”, 5 dan Aikikai.
Tłumaczenie: Bartosz Domke

„Jesteś tym co trenujesz” – Robert Needleman

5 i 6 listopada 2005 w Portland w stanie Oregon odbyło się seminarium, które zostało fenomenalnie poprowadzone przez Chiba Sensei. Założyciel Birankai mówił o „filarach” nauki którą przekazuje, zwrócił dużą uwagę na rolę ukemi, a także podkreślił ogromną wagę „irimi tenkan” oraz ciszy w praktyce Aikido, zaznaczając wyraźną różnicę pomiędzy formą, a techniką.

Pięcioma fundamentami koncepcji Aikido według Chiba Sensei są wyczucie centrum, połączenia, zjednoczenia, życiowa energia i otwartość umysłu. Z wielką wdzięcznością w głosie mówił on o swym nauczycielu – O’Senseiu i wspominał, iż te pięć „filarów” odwołuje się bezpośrednio do nauczań O’Senseia, w myśl których prawdziwa mądrość pochodzi z uświadomienia sobie i urzeczywistnienia energii KI, etycznego spełnienia, intelektualnej oraz fizycznej realizacji, a także zdrowego rozsądku.

Chiba Sensei zdefiniował ukemi jako bycie gotowanym na „niespodziewane”, zarówno w dojo jak i poza nim. Wziął on lalkę daruma (japońska, pękata lalka – przypis tłum.) z ołtarzyka w dojo i pokręcił dookoła podając jako przykład ukemi. Nieważne jak kręcona, lalka i tak zawsze powracała do swej pierwotnej, wyjściowej pozycji. Jest ona zawsze zwrócona do środka i całościowo połączona ze sobą. Sensei pokazał również kilka ćwiczeń, których celem było wymuszenie na nas wykonywania wszystkich ruchów Aikido z naszego centrum i połączenie ciała w jedność. W myśl tych ćwiczeń kluczowym było napięcie w strefie Hara, leżenie i napinanie centrum, w celu podniesienia górnej i dolnej części naszego ciała oraz rozbujanie go od środka. Ponadto wykonywaliśmy również kilka technik oddechowych, aby połączyć oddech z napinaniem i rozluźnianiem naszego centrum.

Sensei zademonstrował ukemi wykonywane do przodu i do tyłu. Podkreślał także rolę metsuke (spojrzenia) w pracy uke, który podczas rzutu powinien utrzymywać świadomą pracę wzroku i pozostawać w kontakcie ze wszystkim co go otacza. Spojrzenie to ma na celu pomagać w utrzymaniu kierunku ukemi, nie pozostawiając żadnego załamania czy też przerwania relacji z nage podczas wykonywania formy, dzięki czemu uke pozostaje cały czas świadom tego co go otacza podczas zajęć. Jest to ważne dla jego własnego bezpieczeństwa, a także utrzymania poziomu świadomości właściwego dla treningu sztuk walki.

Chiba Sensei podkreślał również, iż ukemi jest swoistym rodzajem treningu, mającym pomagać w radzeniu sobie z nagłą utratą równowagi podczas przewrotu po zadanym ataku. Dlatego też, realistyczna nauka ukemi musi zawierać utratę równowagi poprowadzoną w jakimś konkretnym kierunku i połączoną z umiejętnością radzenia sobie z nieprzewidywalnym rozwojem sytuacji. Sensei pokazał przykład upadania do przodu bez żadnego podparcia, które przeistacza się w pełne ukemi wykonywane przed siebie. Zademonstrował także wykorzystanie napięcia centrum podczas ukemi i to jak ciało musi pracować jako całość, zwłaszcza palce u stóp, które nie mogą być „martwe”.

W Aikido ciało musi cały czas poruszać się sprawnie jako zwarta jednostka, na co Sensei zwracał szczególną uwagę, mówiąc o konieczności pamiętania o tym przez uke podczas wykonywania przewrotu. Mówił także o ryzyku kontuzji, które wzrasta gdy ciało jest podzielone na pojedyncze części, nie współpracujące ze sobą. Całość musi współgrać i działać jako „jedno” i w tej kwestii nie ma miejsca na dyskusję. Ręce i dłonie muszą pracować razem, podobnie jak górna i dolna część ciała, a także przód i tył oraz lewa i prawa strona ciała. Nie da się bowiem zjednać ciała i umysłu, gdy ciało samo w sobie nie stanowi jedności.

Elementem którego zastosowanie Chiba Sensei wyjaśnił w niezwykle obszernym stopniu był irimi tenkan. Ten ruch bowiem pozwala w pojedynkę stawić czoła wielu atakującym. Sensei zademonstrował właściwe użycie irimi tenkan w kilku różnych przypadkach. Podkreślił także, iż funkcją irimi tenkan jest znalezienie się w pozycji dającej świadomość tego co pierwotnie znajdowało się za naszymi plecami. Dzięki temu rozwija się poczucie świadomości tego co dzieje się wokół podczas walki u osoby wykonującej ten ruch. Demonstruje to także potrzebę rozciągnięcia wokół siebie energii Ki, a nie jej kurczowe trzymanie przy sobie podczas obracania wokół (przy każdym wykonaniu irimi tenkan). Aikodoka bowiem musi być zawsze gotowy na kolejny atak.

Cisza to także niezwykle potężny element aikido, którego Sensei dał nam doświadczyć i odczuć na sobie podczas stażu. Doprowadził on do całkowitej ciszy w sali i po pewnym czasie zaczął mówić o wszechobecnej ciszy, która zawsze nas otacza i jest dla nas dostępna. Sensei zachęcał nas także do regularnego „zatapiania się” w tej cudownej, medytacyjnej wręcz ciszy.

Wszystkie dźwięki emanują z ciszy, a wszelki ruch wydobywa się ze spokoju. Spokój centrum w ruchach mistrza Aikido, takiego jak Chiba Sensei, jest źródłem niesamowitej wprost mocy ruchu, która wytwarza się, podczas gdy dystans od tego centrum zwiększa się.

Chiba Sensei rozgraniczył również wyraźnie formę od technik Aikido. Mówił on o formie jako naszym narzędziu podczas treningów na macie, z których każdy ma swój początek, odpowiedź (neutralizację) i kontrolę (zakończenie). W sensie sztuk walki, te elementy tworzą stan bycia zdolnym do odebrania życia atakującemu. W treningu Aikido w warunkach dojo, formą „kontroli” jest zazwyczaj unieruchomienie bądź rzut, które są przeciwieństwem odebrania życia. Ta ciągła praktyka formy „karmi” nasze podświadome możliwości, które moglibyśmy wykorzystać, a które kryją się pod pojęciem „technika”, w przypadku prawdziwego starcia lub ataku. W wykonaniu techniki nie ma ani jednej świadomej myśli. Odpowiedź na zadany atak po prostu się dzieje i ma miejsce. Jest to całkowicie instynktowne, spontaniczne i naturalne. W tym stanie ocena, determinacji i akcja łączą się w jedną decyzję bądź reakcję, która wydobywa się z naszego wnętrza (ducha) i jest doskonałym przepływem tao lub stanem prawdziwego budo.

To wcale nie musi być jednak prawdziwa sytuacja walki. Sensei dał tutaj przykład ze swego życia osobistego, kiedy to zdarzyło mu się uratować dziecko. Są to ogólnie sytuacje życiowe podczas których życie ludzkie jest zagrożone i osoba zmuszona jest do podjęcia natychmiastowych działań bez świadomego użycia myśli po to, aby uratować życie. Podczas mojej pracy z dzikimi zwierzętami, również miałem podobne doświadczenia, gdy jakichś tygrys lub lew zdecydował zaatakować się swego trenera (lub mnie) i byłem zmuszony uratować czyjeś życie bez zastanawiania nad tym co robię.

W takich przypadkach system nerwowy dokonuje całkowitego rozeznania poziomu zagrożenia przez co cały trening i doświadczenie jakie osiągnęliśmy zostają uruchomione w ułamku sekundy, żeby poradzić sobie z nagłą sytuacją wymagającą natychmiastowej reakcji (W kręgu osób zajmujących się dzikimi zwierzętami używa się wyrażenia – „jesteś tym co trenujesz”). Chiba Sensei mówił o potrzebie „właściwego treningu” połączonego z „konsekwencją”, które mają dawać podświadomości tego co potrzebuje, na wypadek gdyby miała się uaktywnić w sytuacji nagłej potrzeby bądź zagrożenia.

Za niezwykle interesujące uważam, iż Chiba Sensei w swoim nauczaniu posługiwał układaniem wszystkiego w system „trójek”. Podczas jego stażu z użyciem broni w San Diego, mówił o nazwaniu swoich form z jo „Sansho”, będących odpowiedzią na koncept początku, odpowiedzi i kontroli. Podobną koncepcję „świętej trójcy” można odnaleźć w wielu filozofiach pod postacią chociażby ciała/umysłu/ducha (trójkąt/koło/kwadrat) (…)

Upór Chiba Sensei dotyczący niezwykłej wagi zachowania charakteru sztuki walki w Aikido całkowicie do mnie przemawia. W celu wytworzenia „treściwej” odpowiedzi musi powstać konkretny i „szczery” atak, który stanowi początek zakończony pełną kontrolą, będącą w swej istocie pełnomocną decyzją wyrokującą o dalszym życiu.

Wierzę iż ścieżka Aikido jako tworem pokojowym, którą kroczył O’Sensei wymaga prawdziwej umiejętności radzenia sobie ze śmiertelnym zagrożeniem. Jest to swego rodzaju zdolność do odebrania życia, i świadomego wyboru, aby tego nie uczynić. Gdy już osiągnie się taki stan, jednostka pragnie dawać tylko miłość i życie pozostałym, nauczając dzielenia się tymi ideałami. Ten stan pokoju pochodzi z poznania prawdziwych cnót sztuk walki.

Podczas rozmyślania o tych koncepcjach, natknąłem się na cytat z O’Senseia : „Techniki pokojowej drogi zmieniają się nieustannie; każde starcie jest wyjątkowe, a odpowiednie jego rozwiązanie powinno pojawiać się naturalnie. Dzisiejsze techniki jutro będą już całkowicie inne. Nie daj złapać się formie i temu co jedynie wydaje się być wyzwaniem. Sztuka pokoju nie ma formy – to studiowanie i poznawanie ducha.”

Z „The way of peace” by John Stevens – tłumaczenie Bartosz Domke

Kazuo Chiba sensei – wspomnienia o Saito sensei i Iwama Dojo

Sposób treningu i filozofia

Podejście Senseia Saito do nauki Aikido pamiętane jest szczególnie ze względu na związek pomiędzy aspektami walki bronią oraz bez niej będących nieodłącznymi elementami tej sztuki walki. Sensei kładł również duży nacisk na ciągłą naukę podstaw Aikido.

Kazuo Chiba, uchideshi Moriheia Ueshiby w Aikikai Hombu Dojo w Tokio, często wspominał właśnie intensywność treningów mających miejsce w Iwama Dojo.

Znaczna część trenujących w Iwama Dojo była miejscowymi rolnikami, ciężko pracującymi ludźmi, którzy całe dnie spędzali na polu. Posiadali oni wprost niezwykłą siłę fizyczną i grube kości. Całość ta połączona była z osobliwym, lokalnym charakterem zwanym „Mito Kishitsu”, rodzajem męstwa, które w Europie nazwalibyśmy rycerstwem (przypis tłumacza).

Ogółem, było to przeciwieństwo atmosfery panującej w Hombu Dojo. Jako iż znajduje się ono w stolicy Japonii – Tokio, to do większości ćwiczących tam osób zaliczali się urzędnicy, intelektualiści, biznesmeni, politycy i studenci uniwersytetów.

Każdy kto przekroczył próg Iwama Dojo musiał wyglądać na bladego i słabego od życia miejskiego w porównaniu do osób ćwiczących w Iwama Dojo. W istocie tak też byliśmy (my z dojo w Tokio) traktowani przez uczniów Iwama, którzy często i chętnie wyzywali nas na pojedynki. Była to swoista próba wytrzymałości i przetrwania dla członków Hombu Dojo, takich jak chociażby ja. Sensei Saito był szczytem tej góry, na którą musieliśmy się wspiąć całymi naszymi siłami.

O’Sensei i Morihiro Saito

Chiba sensei często podkreślał dużą uwagę, którą Saito sensei, poświęcał katai-keiko, a także jego energicznemu podejściu do treningów bez zahamowań, którego nauczał Morihei Ueshiba. Podejście to było widoczne i kontynuowane w nauczaniu oraz metodach treningowych Saito sensei. Oczywiście, na rygorystyczne treningi Saito, często obserwowane przez Ueshibę, składały się intensywne ćwiczenia kondycyjne, a także zachowanie ogólnej struktury właściwej dla dojo Iwama, w której utrzymaniu mieli pomagać uczniowie.

Pozostali uczniowie Saito zaświadczali o jego oddaniu w kwestii kontynuowania dziedzictwa Morihei Ueshiby, a także zachowania jego nauk, w sposób jaki nauczył się Saito sensei. Saito sensei twierdził, iż techniki uderzeń (atemi) są „niezbędnym składnikiem” Aikido. Uważał także, że walka mieczem i jej zasady stworzyły podstawy technik Aikido.

Saito sensei sugerował urozmaicony trening mający na celu radzenie sobie z różnymi atakami pochodzącymi z innych sztuk walki, takich jak chociażby kopnięcia z karate.

Według syna Saito sensei, Hitohiro Saito, Mirohiro Saito wierzył, iż bazą wszystkich technik wykonywanych z i bez broni jest opanowanie podstawowej postawy Aikido zwanej hanmi. Sensei wierzył także, iż po opanowaniu tejże postawy, następnym krokiem było rozwinięcie właściwego ki-ai.

Tłumaczenie: Bartosz Domke

Wybieranie partnera – T. K. Chiba Sensei

Jest zawsze bardzo przyjemnie ćwiczyć z partnerem, który rozumie i zna cię. Ona lub on może pomagać lub współpracować w rozwiązywaniu problemów na różnych etapach treningu. Szukanie partnera na własnym poziomie jest zupełnie naturalne. Jednak, aby możliwy był postęp, szczególnie rozwój solidnej fizycznej bazy, dynamicznego i elastycznego ruchu, idealny trening powinien zawierać wiele różnych elementów. W tym wypadku wiele podstawowych pojęć szeroko znanych w japońskich sztukach wymaga szczegółowego omówienia.

Po pierwsze powinieneś ćwiczyć z partnerem na wyższym poziomie. W tym typie praktyki powinieneś otworzyć umysł na indywidualne cechy partnera, które różnią każdego ćwiczącego. Ćwicz swoje oczy rozpoznając różne formy ekspresji sztuki, odkrywając ich korzenie, takie jak płeć, wiek, waga, wzrost, osobowość, mentalność, narodowość, historię treningu i kondycję fizyczną. Obserwuj uważnie. Ćwicz i wykonuj techniki z maksymalnym zaangażowaniem, tak abyś doszedł do granic swoich możliwości i je rozszerzył (jeśli nie znasz swoich ograniczeń – nie możesz nad nimi pracować).

Po drugie ćwicz z partnerami, którzy ćwiczą na twoim poziomie. Spróbuj zobaczyć własne problemy i słabości, „odbijające się” w partnerze. Uważnie obserwuj jak inni, na twoim poziomie pokonują poszczególne problemy i próbuj odkryć jak to robią. Ten proces pokonywania problemów nie dotyczy tylko technik, ale zwłaszcza „przełamania się” do wyższego wymiaru świadomości fizycznej.

Po trzecie ćwicz z partnerami, którzy ćwiczą krócej i są na niższym poziomie. Wzmocnij swoją znajomość podstawowych technik i staraj się je wykonywać bez wysiłku. Ucz się samokontroli, wciąż pracując nad skutecznością technik. Ćwicz w szczególności z początkującymi, którzy nie mają jeszcze wyobrażenia ruchu, dzięki czemu możesz studiować skuteczność i precyzję ruchu.

We wszystkich tych wymienionych, trzech metodach pielęgnuj zdolność do praktyki z różnymi osobami. Ćwicz ze studentami, którzy są od ciebie więksi, wyżsi, ciężsi, także z tymi, którzy są podobni do ciebie i tymi, którzy są od ciebie mniejsi. A przede wszystkim wykorzystuj każdą okazję by wrócić do stanu umysłu początkującego. Aby prawidłowo zastosować tę koncepcję podczas treningu, prowadzę zajęcia tak, aby studenci zmieniali się często, co najmniej 2 razy w czasie techniki. Uważam za potrzebne żeby jeżeli jest to możliwe, ćwiczyli z każdą obecną podczas zajęć osobą. Słyszałem o dojo w których pary umawiają się przed zajęciami. Ten zwyczaj ukazuje ignorancję nauczyciela.

Ogólnie istnieją dwie formy praktyki, dla których powyższe rady są użyteczne. Pierwszą jest ta, kiedy jesteśmy nauczani przez nauczyciela w czasie zajęć. Drugą jest wolna praktyka. Wolna praktyka może mieć formę pracy z partnerem lub samotnie. Ćwiczenie w samotności, bardzo wartościowe – w szczególności w studiowaniu z bronią, jest poza tematem tego eseju. Zazwyczaj wolna praktyka ma miejsce na końcu zajęć, w czasie ostatnich 10 minut. Jej celem jest powtórzenie technik ćwiczonych na zajęciach. Mimo tego wolna praktyka nie jest ograniczona do form nauczanych podczas regularnych zajęć. Powinna być praktykowana poza nimi. Bez wątpienia poważnym Aikidoką jest ten, który korzysta z tej formy tak często jak to tylko możliwe, zarówno z partnerem jak i samotnie.

Kiedy byłem uchideshi w Hombu Dojo po zajęciach zawsze zostawało kilku uczniów ćwicząc. To było poważnym problemem dla uchideshi, którzy musieli pracować cały dzień i byli wycieńczeni, jednak nie mogli odpocząć dopóki wszyscy studenci nie zakończyli ćwiczyć. Uchideshi musieli umieć przespać się 10 czy 15 minut wciąż ubrani w gi, wykorzystując do tego każdą możliwość.

Nie jest moim zamiarem podkreślanie wagi intensywnego treningu, chociaż w mentalności wielu ćwiczących trening jest ograniczony tylko do zajęć prowadzonych przez nauczyciela. Mam nadzieję, że powyższe informacje pomogą wam w przyszłych treningach.

„Troska o broń” – artykuł T. K. Chiba Sensei

„Troska o broń” – artykuł T. K. Chiba Sensei opublikowany w wydawnictwie „Sancho” (1987)

Każda broń ma swój unikalny charakter, temperament i historię. Czyni ją to szczególną jak każdą żyjącą istotę. Jest bardzo trudno skutecznie uczyć się nią posługiwać jeśli ćwiczymy bronią słabą, skręconą czy niewyważoną.

Moją radą dla studentów jest znaleźć sobie broń, która pasuje do dłoni i która pasować będzie do konkretnego, wymaganego rodzaju treningu. Idealnie byłoby znaleźć broń, która wykonana byłaby ręcznie z materiału suszonego w naturalnych warunkach przez co najmniej 3 lata. Jednak jest niezmiernie trudno znaleźć taką broń, ponieważ większość używanych materiałów suszy się w przemysłowych suszarniach i produkuje masowo wykorzystując maszyny. Dlatego obniżenie jakości dostępnej broni jest nie do uniknięcia.

Zależnie od zastosowania dostępne są:
1. Suburi – ciężki i długi bokken używany do ćwiczeń indywidualnych suburi.
2. Kata Bokken – lżejszy i krótszy używany do treningu kata i suburi, które zawierają skomplikowane ruchy. Musi być solidny i dobrze wyważony.
3. Shoto bokken – średniej długości, używany do uniwersalnego treningu. Uczy związku miedzy treningiem z bronią i technik bez broni.
4. Tanto – drewniany nóż.
5. Jo – drewniany kij.

Jak wybrać broń?
Staje się bardzo trudnym wybranie odpowiedniej jakości broni. Należy przestrzegać niżej wymienionych wskazań:

  • Nie wybierać broni, która wydaje się za lekka albo za sucha, ale wybrać tę, która jest ciężka, solidna i twarda.
  • Nie wybierać broni zgiętej, albo skręconej. Należy ją sprawdzić pod światło, przede wszystkim krawędź tnącą i przeciwległą ostrzu. Krawędzie powinny być proste.
  • Najlepszym drewnem jest japoński biały dąb, potem czerwony dąb. Są najlepszą kombinacją twardości i giętkości. Jednak trudne jest znalezienie drzewa dość dużego i z małą ilością gałęzi, ponieważ sęki czynią drewno bezużytecznym.
  • Słoje powinny być jak najbardziej poziome na długości całej broni. Jeśli słoje nie są poziome na całej długości broni i skręcają się przed kissaki – może to oznaczać, że broń złamie się pod wpływem uderzenia. Jest to szczególnie ważne w okolicach monouchi – ostatnich 25 cm głowni. Ciemne, okrągłe znaki są śladami gałęzi, jest to problem w okolicach monouchi i należy tego unikać. Jednak nie ma przeciwwskazań, jeśli te znaki znajdują się na rękojeści.
  • Jo musi mieć poziome słoje na całej swojej długości, należy także unikać jakichkolwiek sęków podczas wyboru tej broni.

Troska o broń:

  • Nie pozwól, żeby broń stała przez dłuższy okres – to najczęstsza przyczyna wygięć i skręceń. Powinna leżeć na stojaku.
  • Używaj kilku takich samych bokkenów. Jeśli stale używasz tego samego w końcu drewno się złamie.
  • Nie wystawiaj jej na bezpośredni wpływ słońca lub wilgoci. Będzie za sucha lub za mokra. Staje się wtedy krucha albo skręcona.
  • Używaj i dotykaj broni tak często jak to możliwe – olej z dłoni ludzkich jest dla niej bardzo dobry. Poza tym poznaje się przez to naturę broni.
  • Jeśli broń się wysusza należy ją lekko naoliwić – olejem dobrym dla drewna, jednak nie powinno się go stosować na rękojeści, która staje się wtedy za śliska.
  • Nie należy broni malować – pomalowane drewno przestaje oddychać a broń staje się za śliska.
  • Jeśli jest wykrzywiona, na skrzywioną część należy skierować strumień pary i poprzez nacisk wyprostować ją.